
Po czterech latach od premiery “Not Your Muse” Celeste, wokalistka o brytyjsko-jamajskich korzeniach, wraca z albumem “Woman of Faces”. Jej poprzednia płyta, choć pełna obietnic i pochwał krytyków, nie wyniosła artystki na ten poziom gwiazdorskiej rozpoznawalności, którego wielu – być może także ona sama – się spodziewało. Miała być bowiem postacią, którą Brytyjczycy postawiliby w jednym rzędzie z Adele i Amy Winehouse. Tak się nie stało i być może te chłodniejsze przyjęcie sprawiło, że Celeste długo zwlekała z wydaniem drugiego albumu. W końcu jest i samą siebie określa mianem kobiety o wielu twarzach.
Celeste nie spędziła jednak tych kilku lat pod ziemią. Sporo koncertowała, a jej dyskografia wzbogaciła się o kilka piosenek nagranych z myślą o filmowych i telewizyjnych produkcjach. Jedna z nich weszła w skład “Woman of Faces”, zamykając krążek i zostawiając nas z buzującymi emocjami. “This Is Who I Am”, które powstało do serialu “The Day of the Jackal”, to Celeste śpiewająca z manierą przypominającą Billie Holiday na tle aranżacji kojarzącej się z “Measure of a Man” FKA twigs. Zakochałam się w tym nagraniu przed rokiem i po dziś dzień darzę go sporym uczuciem. Inne highlighty albumu? Pięknie prezentuje się teatralne otwarcie płyty – pełne bólu i dziwnego napięcia “On With the Show”. Urzeka z początku skromny i cichy, później nabierający orkiestrowej dramaturgii, a przez cały czas wspaniale staroświecki numer tytułowy. Czarują i cięższe “Happening Again” czy pełne przestrzeni “Keep Smiling”. Niespodzianką jest zwrot w stronę industrialnej elektroniki postaci “Could Be Machine”, które zwyczajnie rozbudza po takich utworach jak “People Always Change”, “Sometimes” i “Time Will Tell”.
O ile na debiutanckim “Not Your Muse” Celeste podrzuciła kilka refrenów, które z łatwością się człowiek uczepiły, tak “Woman of Faces” wygląda jak album, który nagrała przede wszystkim dla siebie. Taki, który nie walczy o uwagę, ale zostaje na długo w pamięci przez swoją autentyczność. To krążek cichy, surowy. Przez większą część płyty Celeste brzmi tak, jakby niosła ciężar, który stał się jej codziennością. Zamiast artystki głodnej sukcesu słyszymy kobietę zmęczoną, zrezygnowaną, pogodzoną z tym, że świat nie zawsze jest piękny. Brytyjka kryje się za maskami melancholii, rezygnacji, smutku czy refleksji. Jeśli “Woman of Faces” miało być kolorem, byłoby szarością. Dobry powrót, choć nie dla każdego.
Warto: This Is Who I Am & On With the Show & Woman of Faces