RECENZJA: Robyn “Robyn Is Here” (1995) (#1666)

Dziś szwedzka wokalistka Robyn funkcjonuje w popowej wyobraźni jako postać kultowa. Jawi się jako artystka, która zdefiniowała nowoczesną emocjonalność w muzyce tanecznej i udowodniła, że niezależność może iść w parze z obecnością w mainstreamie. “Robyn Is Here” pozwala jednak cofnąć się do momentu, gdy ta legenda dopiero się kształtowała. Debiut Szwedki jest zapisem jej pierwszych kroków w branży. Już wtedy było widać, że nie zamierza pozostać lokalnym fenomenem. Współpraca z rodzimą, lecz międzynarodowo myślącą ekipą producentów (w tym i Maxem Martinem, który dziś należy do absolutnej czołówki i jest wziętym hitmakerem) – nadała tej płycie światowy sznyt.

Po “Robyn Is Here” sięgałam mając w pamięci takie kawałki Szwedki jak “Dancing On My Own”, “Fembot” czy “Do It Again”. Tym większe było moje zaskoczenie na to, co zastałam na jej debiucie – dance popowa Robyn w 1995 roku dopiero raczkowała, a większą część albumu zajęły kompozycje o rhythm’and’bluesowym, teen popowym czy zwyczajnie najntisowym popowym sznycie. Zaczyna się od mocniejszego, niemalże mechanicznego, choć przyjemnie bujającego “Bumpy Ride”. Piosenka ta szybko wpadła mi w ucho. Funkujący bas pogrywa w tle utrzymanego w średnim tempie “In My Heart”, robiąc miejsce bardziej new jack swingowej stylistyce w “You’ve Got That Somethin'”. Wzorowym miksem radiowego popu i r&b na miarę ostatniej dekady XX wieku są “Do You Know (What It Takes)”, “Do You Really Want Me (Show Respect)”, “How”, “Don’t Want You Back”. Dance pop o sporym potencjale – to po prostu “Show Me Love”. Nowoczesna, jak na tamte czasy, produkcja wyróżnia elektroniczne “The Last Time”. Z pozostałych nagrań zabieram dla siebie “Just Another Girlfriend”, które jest udaną próbą wpasowania Robyn w trip hopowy boom.

“Robyn Is Here”, płyta z – warto przypomnieć – 1995 roku, pokazuje nam zupełnie inną twarz Robyn. To Szwedka jeszcze zanurzona w estetyce tamtej dekady, podporządkowana obowiązującym wówczas popowym formatom i wyraźnie zapatrzona w amerykańskie (słuchając jej przed oczami stawała mi Brandy) wzorce brzmieniowe. Ten debiut brzmi jak dobrej jakości eksportowy produkt dla miłośników dziewczęcego popu i r&b z lat 90. Trudno doszukiwać się tu jeszcze artystycznej autonomii znanej z jej późniejszej twórczości, ale właśnie dzięki temu krążek “Robyn Is Here” zyskuje dziś dodatkową wartość – to relikt epoki, którą uwielbiam. 

Warto: Bumpy Ride & Just Another Girlfriend

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

3 komentarze do “RECENZJA: Robyn “Robyn Is Here” (1995) (#1666)”

  1. Debiut Robyn przypadł na moją ukochaną dekadę muzyczną. Na lata 90-te. Do muzyki z tych lat wracam cały czas, kiedy tylko mam ochotę na zanurzenie się w muzyce lat 90. Tyle znakomitych nagrań było w tamtych czasach. A słyszałaś nowe utwory Robyn? Z końcówki ubiegłego i początku tego roku? np. “Talk To Me”? Zupełnie inaczej brzmi niż jej pierwsze utwory. Ale mnie się podoba. Czekam już na nowy album.

    1. Cześć 🙂 Słyszałam i jestem ciekawa całej płyty. Choć póki co mam na oku jej płytę numer 2

  2. Kiedy patrzę na tę okładkę i myślę o rozpoczynaniu kariery od r’n’b to moim pierwszym skojarzeniem jest P!nk. 😀 Nie jestem fanką dance-popowej Robyn, więc chętnie posłucham jak brzmiała zanim taneczne brzmienia zagościły w jej sercu.
    Pozdrawiam.

Odpowiedz na „CrossAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *