RECENZJA: Ari Lennox “Vacancy” (2026) (#1667)

Poprzednia płyta Ari Lennox, “Age/Sex/Location”, wciągnęła ją do grona moich ulubionych wokalistek r&b nowego pokolenia sprawiając, że długie milczenie jej autorki zaczęło mnie trochę uwierać. Tym bardziej, że cisza ta nie wynikała z twórczego skupienia, lecz z narastającego konfliktu z branżą. Choć jej piosenki spotykały się z ciepłym przyjęciem, Lennox częściej niż o nowej muzyce otwarcie mówiła o rozczarowaniu showbiznesem i poczuciu, że wytwórnia nie daje jej należnego wsparcia. “Vacancy” jest więc nie tylko jej nowym, trzecim już albumem, lecz także kolejną próbą przebicia się do wyższej ligi. Próba ta obarczona jest frustracją, ambicją i pytaniem, czy we współczesnym świecie talent wciąż wystarcza, by faktycznie awansować.

Na “Vacancy” muzyka Lennox nie przechodzi wielkiej rewolucji. To nadal rhythm’and’blues i soul czasem o nowocześniejszym sznycie, innym razem z retro nutką. Takimi smacznymi skokami w przeszłość są nagrania pokroju “Under the Moon”, “Soft Girl Era”, “Wake Up” czy “Hocus Pocus”. Szczególnie ciekawie prezentuje się osnuta nocnym klimatem pierwsza z propozycji, której charakterystycznym elementem jest wilczy refren, oraz zamykające album “Hocus Pocus” – przyjemny soul o wokalnej teatralności. Mnie jednak najbardziej zauroczyło “Wake Up” będące wzbogacaną saksofonem historią o kobiecie, która odkrywa, że jej partner nie jest jej wierny. Jeśli podoba wam się wykorzystanie tego instrumentu u Ari, na wasze playlisty trafić powinny także eleganckie “Mobbin in DC”, aksamitne “Vacancy” oraz “Dreaming”.

Pociągnięcia za struny akustycznej gitary wypełniają neo soulową, kameralną produkcję “Pretzel”. Bas przebija się w mocniejszym “Twin Flame”, zaś orkiestra dołącza na moment do artystki w “Horoscope” – to jednak utwór o wielkim otwarciu, lecz przeciętnym zakończeniu. Nie jestem fanką cykającego “High Key”, które brzmi, jakby nagrać je mogła którakolwiek ze współczesnych rhythm’and’bluesowych przedstawicielek. Podobne odczucia towarzyszą mi podczas słuchania “24 Seconds” czy “Cool Down”. W drugiej z kompozycji Lennox sięga dość zachowawczo po karaibskie rytmy pozwalając, by przy pomocy Buju Bantona reggae konkretniej wybrzmiało w “Company”.

Płyta “Vacancy” brzmi dla mnie tak, jakby Ari Lennox obraziła się nie tylko na showbiznes, lecz i samych słuchaczy. Jakby z góry zakładała, że i tak nie porzucimy albumów Beyoncé na rzecz jej własnych piosenek, więc nie ma sensu się męczyć i walczyć o uwagę za wszelką cenę. W porównaniu z poprzednim krążkiem brakuje tu kompozycji, które zapadałyby w pamięć równie mocno. Brakuje utworów, do których aż chciałoby mi się wracać. “Vacancy” nie jest porażką, ale też nie jest przełomem. To płyta wokalistki zawieszonej gdzieś między talentem wystarczającym na coś więcej a zmęczeniem, które skutecznie odbiera ochotę, by po to więcej naprawdę sięgnąć.

Warto: Wake Up & Mobbin in DC

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *