Relacja z koncertu Baxtera Dury’ego

Jeszcze rok temu Baxter Dury był dla mnie jednym z tych nazwisk, które stanowiły zagadkę. Wszystko zmieniło się przy okazji premiery “Allbarone”- płyty, która od pierwszego odsłuchu wciągnęła mnie bez reszty i bardzo szybko wskoczyła na szczyt mojego osobistego podsumowania 2025 roku. Ten charakterystyczny miks alternative dance, brytyjskiego chłodu i ironii sprawił, że twórczość Baxtera na dobre zagościła w moich słuchawkach. Taki krążek nie mógł nie być promowany trasą koncertową.

Nie udało mi się pojawić na poprzednim polskim występie Brytyjczyka odbywającym się w ramach Inside Seaside. Kiedy więc ogłoszono warszawski, a do tego klubowy koncert, nie było nawet chwili zastanowienia. Wiedziałam, że tym razem nie może mnie zabraknąć pod sceną. I dobrze, bo wieczór z brytyjskim wujkiem alternative dance okazał się dokładnie takim doświadczeniem, jakiego oczekiwałam. A może nawet nieco lepszym, choć nie był to występ dla każdego.

Na żywo muzyka Baxtera okazała się jednak czymś zupełnie innym niż to, do czego przyzwyczaiły mnie studyjne wersje jego nagrań. Mają one w sobie dużo chłodu, przestrzeni i nierzadko rozleniwionego klimatu. W warszawskim klubie ten klimat został wywrócony na drugą stronę. Koncert miał w sobie zaskakującą intensywność. To było jedno z tych show, po których wychodzi się z lekkim szumem w uszach. W tym całym chaosie odnajdywał się wokalista, który do statycznych artystów nie należy. Non stop krąży po scenie, statyw od mikrofonu traktuje jak zabawkę, wymyśla własne taneczne ruchy przypominające sztuki walki. Do tego dochodzi jego charakterystyczna stylizacja – przede wszystkim marynarka, która żyła własnym życiem w rytm każdego ruchu. Dury bawi się nią świadomie, poprawia ją, zarzuca nonszalancko na ramiona, rozchyla w odpowiednich momentach. Dodając jeszcze do tego jego ekspresyjną melorecytację otrzymaliśmy koncert, który nie był tylko odtworzeniem materiału z albumów, ale pełnym temperamentu widowiskiem.

Na sam występ złożyły się kompozycje z kilku studyjnych płyt Baxtera, choć największą uwagą obdarzony został zeszłoroczny krążek “Allbarone”. Patrząc po reakcji publiczności już teraz stwierdzić można, iż tytułowe nagranie wraz z “Schadenfreude” stały się nowymi klasykami w jego dyskografii. To był szał! Podobny kultowy status ma już numer “Baxter (These Are My Friends)” z repertuaru Fred Again. Swój klimat miały i kompozycje “Miami”, “The Night Chancers” czy “Cocaine Man”. Całość złożyła się na koncert, który postawił artystę w gronie najbardziej charakterystycznych brytyjskich wykonawców.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *