
10. Squid Cowards
Trzeci studyjny album zespołu Squid trzyma poziom swoich dwóch poprzedników. O ile jednak na debiucie, “Bright Green Field”, grupa stawiała na sporą przebojowość, na “Cowards” zmienia front i eksperymentuje, ile się da. Wszystko to jednak w obrębie ich strefy komfortu, stąd wiele tu rockowych, elektronicznych czy folkowych inspiracji. To nie jest prosta płyta. To nie są kompozycje, które usłyszeć moglibyśmy w radiu. To raczej zbiór nagrań, do których form nie warto się przyzwyczajać i które lepiej wysłuchać do końca, bo potrafią nagle zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni. Za te niespodzianki lubię Squid.
9. Kelela In the Blue Light
“In the Blue Light” jest zapisem koncertów Keleli, jakie odbyły się 28 i 29 maja 2024 roku w jazzowym klubie Blue Note w Nowym Jorku. To dwudniowa rezydencja w kameralnej formule unplugged to rzadki i wyjątkowy moment – artystka nieczęsto bowiem dzieli się nową muzyką, a już tym bardziej nagraniami koncertowymi. Zazwyczaj nie sięgam po płyty live, ale tym razem chciałam poczuć intymny klimat jej występów. Pomysł na setlistę będącą przeplatanką utworów z różnych etapów jej kariery okazał się świetny, bo pozwolił nam spojrzeć na nie z nowej perspektywy.
8. Jade That’s Showbiz Baby!
“That’s Showbiz Baby!” jest debiutem, który nie tylko udowadnia, że Jade potrafi samodzielnie utrzymać uwagę słuchacza, ale też stawia ją kilka półek wyżej od tego, co robiła w czasach Little Mix. Tam była częścią świetnie naoliwionej popowej maszyny, podczas gdy tutaj jest twórczynią własnego świata. To płyta odważna, momentami eksperymentalna, a jednocześnie pełna refrenów, które zostają w głowie i brzmią jak gotowe przeboje. W 2025 roku, kiedy pop coraz częściej powiela te same schematy, Jade proponuje coś świeżego – widowisko, które łączy przebojowość z emocjonalną szczerością i teatralną odwagą. Kapitalny popowy debiut.
7. Kali Uchis Sincerely
Kręciłam w ostatnich latach głową na następców niesamowitego “Isolation”. Żadna kolejna odsłona Kali Uchis nie przypadła i do gustu tak bardzo jak jej debiut. Co ciekawe krążek ten był eklektyczny i obfitował w różnorodne dźwięki i nieraz zaskakujące kolaboracje. “Sincerely” podoba mi się równie mocno, choć jest to już płyta z innej bajki, bo i sama artystka znajduje się obecnie w innym miejscu niż jeszcze siedem lat wcześniej. Nowy album zainspirowały zmiany w jej życiu prywatnym. Kali odnalazła spokój, którym z nami się tu dzieli serwując porcję ciepłych, kobiecych, pięknie się przenikających kompozycji, które tworzą spójny obraz.
6. Ela Minus DÍA
“DÍA” Eli Minus jest chłodną, lecz pełną subtelnych emocji płytą, która ukazuje dojrzałość i precyzję w produkcji. Kolumbijska wokalistka z wyczuciem łączy język angielski z hiszpańskim, tworząc wielowarstwowy album, który mnie wciągnął i nieustannie zachęcał do kolejnych odtworzeń, choć potrzebowałam zrobić do niego dwa podejścia. Pierwsze, chwilę po jego styczniowej premierze, nie zostawiło po sobie większego śladu. Po drugim zachwyciłam się jego starannością i przedstawianą przez Minus wizją elektroniki, która śmiało patrzy w przyszłość.
5. Jenny Hval Iris Silver Mist
Wpadałyśmy na siebie co jakiś czas z norweską wokalistką Jenny Hval, jednak nigdy tak często, jak w minionym roku. Jej nowa płyta, “Iris Silver Mist”, jest materiałem, który z niezwykłą lekkością łączy ambient z mglistą, art popową wrażliwością oraz subtelną elektroniką. To krążek pełen piosenek utkanych z delikatnych dźwięków, szeptanych wokali i organicznych melodii, które przenoszą do intymnego świata Hval. Artystka złapała balans między eksperymentalnością a przystępnością. Zaletą “Iris Silver Mist” jest także jego spójność – każdy utwór wydaje się kolejnym rozdziałem tej samej, eterycznej opowieści. Całość tworzy niesamowite doświadczenie, które bardziej się przeżywa niż tylko odsłuchuje, co sprzyja moim częstym powrotom do tego wydawnictwa.
4. Kerala Dust An Echo of Love
3. Deradoorian Ready for Heaven
Nawet jeśli sama postać Deradoorian nie byłaby mi znajoma, do sięgnięcia po “Ready for Heaven” zachęciłaby mnie fotografia zdobiąca okładkę płyty. Jest w niej coś złowrogiego – jakby sama Angel nie była pewna, czy pójdzie do nieba czy piekła. Póki co niech zostanie razem z nami na Ziemi i nie porzuca muzycznej kariery. Największą zaletą jej najnowszej płyty jest zawartość, która naprawdę przyciągnęła moją uwagę. Każda z piosenek jest mniej lub bardziej zawiła. Każda odsłania przed nami inną część charakteru amerykańskiej wokalistki. Razem tworzą pasjonujący obraz kobiety, która ma w sobie sporo mroku.
2. Not For Radio Melt
Płyta “Melt” Not For Radio jest rzeczywiście zbiorem piosenek nie do radia. Brak tu wyraźnych refrenów, pośpiechu, czy zwykłej chęci przypodobania się współczesnym algorytmom. Solowa muzyka artystki wymaga ciszy i skupienia, a najlepiej słucha się jej późno w nocy, gdy wszystko wokół cichnie, a my zostajemy sami ze swoimi myślami. Stylistycznie album “Melt” jest niczym podróż w czasie do chwil, gdy The Marías dopiero kształtowali swoje brzmienie: zmysłowe, mgliste, senne, przesiąknięte melancholią. W tym sensie solowy debiut Maríi Zardoyi nie jest odcięciem się od zespołu, lecz cichym powrotem do jego źródeł. Piękna jesienna płyta
1. Baxter Dury Allbarone
Nie tak młody przedstawiciel brytyjskiej niezależnej sceny trafił do mnie w tym roku przypadkiem i zdecydowanie nie na krótką chwilę. On się wygodnie rozsiadł i zapodał album “Allbarone”, który natychmiast podbił moje serce. Wydawnictwo pełne brzmień z pogranicza dusznego elektropopu, nu disco, noir czy alternative dance jest nietypową imprezową płytą. To nie krążek, który natychmiast wyciąga nas na parkiety. To raczej muzyka, przy której dokonujemy obserwacji nocnego życia. Dury śpiewa jakby prowadził monolog w barze w środku nocy. Jego melorecytacja i ironiczno-melancholijny ton sprawiają, że każdy numer brzmi jak osobna scena z życia, a dodatkowego smaczku nadają im dziewczęce wokale JGrrey. Aranżacje są tu oszczędne, ale precyzyjne – bas i syntezatory stopniują napięcie zostawiając przestrzeń dla głosów i kolejnych wersów. To płyta, która wygrywa osobowością, atmosferą i swoją osobliwą klasą. Nie krzyczy, nie próbuje na siłę być wielka. Jest za to szalenie intrygująca.

Niestety nic z tego zestawu nie przesłuchałam, chociaż Kali i Jade widnieją na liście do przesłuchania. Zaciekawił mnie Twój nr 1., bo ze wszystkich niespodziewanych artystów ten jest chyba najbardziej niespodziewany. 😄
Pozdrawiam