
Jeszcze kilka lat temu Lizzo należała do grona najbardziej lubianych współczesnych wokalistek. Jej bezpośredniość i konsekwentne promowanie samoakceptacji zjednały jej miliony słuchaczy na całym świecie. Jednak seria kontrowersji i oskarżeń sprawiła, że pozytywny wizerunek artystki runął jak domek z kart. Z idolki stała się postacią problematyczną. W takich okolicznościach ukazuje się krążek “Bitch” – płyta, która może okazać się czymś więcej niż kolejnym rozdziałem w dyskografii Lizzo. To przede wszystkim próba odzyskania zaufania publiczności.
Kojarząca się dotąd z mocnymi aranżacjami wokalistka na rozpoczęcie swojego piątego krążka wystawia kompozycję nietypową. “A Toast” jest zaaranżowanym na fortepian pop-soulem w klimacie śpiewanych do kotleta utworów. Rozkręca się bardziej w basowym “Happy 2 Be”, choć najmocniejszą składową nagrania pozostają jej ekspresyjne, lekko surowe wokale. Zainteresowanie ostrzejszym brzmieniem wokalistka wyraża w pop punkowym, rozpędzonym “She Stole My Man”. Przebojowymi piosenkami są ejtisowe, aspirujące do miana stadionowych hymnów “Don’t Make Me Love U” oraz akcentujące perkusję, flirtujące z housem “That GRRRL”. W czarne brzmienia Lizzo idzie w oldskulowym, zyskującym po kilku odsłuchach “BITCH”; rhythm’and’bluesowym, utrzymanym w średnim tempie “Little Black Cat” czy w końcu hip hopowym “Sexy Ladies” bazującym na samplach z kawałka UCB “Sexy Lady” – sama kompozycja ma vibe lat dwutysięcznych, które do samej Amerykanki jednak średnio pasują.
Podoba mi się Lizzo w towarzystwie żywych instrumentów w popowo-soulowym “Whose Hair Is This”. Znów na uwagę zasługuje tu samo wykonanie. W zarzucającej zdradę swojemu facetowi wokalistce gotuje się aż miło. Niepozbawioną emocji kompozycją jest i elegancka ballada “Like a Crime”, która rozkwita, choć w tym długim, akustycznym wstępie jest coś prawdziwego i naturalnego. Na zakończenie wokalistka serwuje nam uderzający w żywiołowe tony gitarowy pop o gospelowym zacięciu – “Goodmorning!” w pozytywnej pogodnej atmosferze wieńczy naszą przygodę z jej najnowszą płytą.
Ludzie w ostatnich latach zapomnieli nie tyle o kontrowersjach związanych z Lizzo, co i o niej samej. Na “Bitch” wokalistka zmierza się z własną przeszłością i konsekwencjami swych błędów. Przyznaje się do słabości, śpiewa o zranieniu i utracie zaufania, ale nie pozwala, by negatywne emocje zdominowały jej krążek. Wciąż znajduje miejsce na humor i zadziorność. Mimo błędów i słów krytyki chce nam przekazać, iż wciąż jest tą samą bitch, tą samą grrrl, która nie zamierza przepraszać za to, kim jest. A muzycznie? “Bitch” to niezły misz-masz pomysłów, które ostatecznie schodzą się w spójną całość. Nie jest to album tak wielki jak “Cuz I Love You”, ale słucha się go lepiej od “Special” sprzed czterech lat.
Warto: BITCH & Whose Hair Is This
___________
Cudowna okładka 😄 Nigdy nie było mi po drodze z Lizzo i jej twórczością, nawet nie zauważyłam kiedy zniknęła z radaru i nieszczególnie tęskniłam. Album raczej sobie odpuszczę.
Pozdrawiam 😊