Relacja z koncertu Beirut

Jeśli któraś z gwiazd tegorocznego Open’era miałaby jak najszybciej wrócić do Polski, niech będzie to grupa Beirut – pisałam dekadę temu w relacji z festiwalu nie wiedząc jeszcze, że kolejna okazja do zobaczenia najbardziej światowego zespołu współczesnej sceny nadarzy się dopiero dziesięć lat później. Formacja do Polski przybyła teraz w ramach mniejszego wydarzenia, jakim był poznański festiwal Malta. Od ubiegłego roku wydarzenie to kusi koncertami alternatywnych wykonawców, więc jest z czego wybierać. Mój wybór od razu padł na Beirut.

Beirut często postrzegany jest przede wszystkim jako projekt obdarzonego kruchym, stworzonym do opowiadania historii z różnych części świata głosem Zacha Condona. Taki obraz okazuje się jednak sporym uproszczeniem. Na żywo zespół funkcjonuje jak świetnie naoliwiona maszyna, w której każdy z muzyków odgrywa równie istotną rolę. Partie instrumentów dętych, akordeonu, perkusji i gitar układają się w precyzyjnie skonstruowaną całość, a sam Condon, poza charakterystycznym wokalem, sięga także po ukulele i trabkę. Dzięki temu koncert nie opiera się wyłącznie na charyzmie frontmana, lecz na znakomitej współpracy całego składu, który z niezwykłą swobodą przechodzi od kameralnych fragmentów do pełnych rozmachu aranżacji.

Trwający nieco ponad godzinę występ był podróżą nie tylko na Bałkany, z których folku Beirut od samego początku czerpie inspiracje, był podróżą nie tylko w tamte rejony Europy, ale i dyskografię funkcjonującej od dwóch dekad formacji. Swój  poznański koncert kapela rozpoczęła od przypomnienia piosenki “When I Die” z albumu “Gallipoli”, by za moment zaprezentować nam tytułowe nagranie i płynnie przejść do kameralnego “So Many Plans” – kompozycji odnoszącej się do odłożonych przez pandemię na bliżej nieokreśloną przyszłość planów. Utwór pochodzi z krążka “Hadsel”, z którego mogliśmy usłyszeć także “Regulatory” i “Spillhaugen”. Projekt ten jest najmniej lubianym przeze mnie momentem kariery Zacha i spółki, ale przyznać muszę, że utwory te pasowały do dynamiki występu. Nie robiły jednak takiego zamieszania, co reprezentanci “The Rip Tide” (kawałki “Santa Fe” i “The Rip Tide”) czy przede wszystkim “Gulag Orkestar” (a w szczególności “Postcards From Italy” i zamykające występ nagranie tytułowe). Wydana w 2006 roku debiutancka płyta Beirut pozostaje jednym z moich ulubionych debiutanckich albumów. Wracam do niej regularnie nie tylko ze względu na jej wyjątkowe brzmienie, ale także dlatego, iż niezmiennie rozbudza we mnie chęć podróżowania. Zawarte na niej melodie niosą w sobie obietnicę odkrywania nowych miejsc, stąd możliwość usłyszenia ich w koncertowych aranżacjach miała dla mnie szczególnie osobisty wymiar. Miło było przekonać się, że na żywo równie pięknie co w swojej albumowej wersji wybrzmiewa melancholijna “Villa Sacchetti” z ubiegłorocznego wydawnictwa. 

Beirut nie jest zespołem, który po prostu wychodzi na scenę i wiernie odtwarza materiał znany z płyt. Ich koncerty przede wszystkim sprzedają klimat – przenoszą słuchaczy do świata zbudowanego na nostalgii i muzycznych inspiracji z różnych zakątków Europy. Nawet najbardziej żywiołowe momenty miały w sobie atmosferę bałkańskiej potańcówki, w której spontaniczna radość spotyka się z charakterystyczną dla zespołu melancholią. To właśnie ta umiejętność budowania nastroju sprawia, że koncert Beirut zostaje w pamięci na długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. I obyśmy na kolejny nie musieli znów czekać dekadę.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

2 komentarze do “Relacja z koncertu Beirut”

  1. nieco ponad godzinę? to chyba jakieś przekłamanie, koncert był świetny, ale trwał zdecydowanie dłużej, a w jego trakcie wybrzmiało 18 utworów..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *