#292 Fiona Apple “The Idler Wheel…” (2012)

Fiona Apple to urodzona w 1977 roku amerykańska wokalistka. W ciągu całej kariery wydała cztery albumy.Pierwszy z nich, “Tidal”, ukazał się, kiedy artystka miała zaledwie16 lat. Ostatni, “The Idler Wheel…”, to tegoroczna produkcja. Czas, jaki upływa od wydania jednej do kolejnej płyty Fiony jest dość długi. Przez 17 lat nagrała tylko 4 krążki. Przerwy między nimi wynosiły przynajmniej 4 lata. Na najnowszy fani musieli czekać jednak siedem długich lat.

Pełny tytuł czwartego albumu Fiony to “The Idler Wheel Is Wiser Than the Driver of the Screw and Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do”. Przyjęło się jednak, że nazywa się go “The Idler Wheel…”. Tytuł składa się z 23 wyrazów, co i tak jest niczym biorąc pod uwagę, że drugi krążek Apple “When the Pawn…” miał ich aż 90.

Jak może niektórzy zauważyli, staram się oceniać po kolei dyskografię danego artysty. Tak robię m.in. z Toni Braxton czy Linkin Park. Chcę mieć po prostu świadomość, jak prezentowała się ich muzyka na przestrzeni lat. Czemu więc w przypadku Fiony postąpiłam inaczej? Sporo słyszałam o jej najnowszej płycie i nie mogłam się doczekać, by się za nią w końcu zabrać. Podeszłam do “The Idler Wheel…” bez lęku i obawy czy Apple utrzymała poziom; podeszłam bez zastanawiania się, czy krążek utrzymany jest w podobnej stylistyce co poprzedni, czy też nie. I w końcu –  nie wiedziałam, czego właściwie mam się po wokalistce spodziewać.

Chciałam, żeby wszystko było tak surowe, jak to możliwe, tak, by można było usłyszeć każdy dźwięk – tak przed wydaniem “The Idler Wheel…” mówiła wokalistka. Po części się z tym zgodzę, bo faktycznie każdy pojedynczy dźwięk wpada w ucho. Z drugiej jednak strony surowość zawsze kojarzyła mi się z minimalną liczbą instrumentów użytą w piosenkach. A u Fiony trochę się ich jednak pojawia. Jest i perkusja, pianino, gitara, ale też tak mało popularne jak kotły, marimba czy harfy. Muzykę artystki możemy określić mianem alternatywnego rocka z elementami jazzu, szlachetnego popu i bluesa.

Jak na razie wydane zostały tylko dwa single promujące “The Idler Wheel…”. Jeśli chodzi o pierwszy z nich, to wybór padł na otwierający album kawałek “Every Single Night”. Piosenka jest bardzo dobra. Oszczędna muzyka stanowi piękne tło dla pełnego ekspresji wokalu Apple. Utwór szybko wpada w ucho i, chociaż jest dobrym wyborem na kawałek mający zachęcić do kupna płyty, nie definiuje jej. Drugim singlem podobno została piosenka “Warewolf”. Jest mniej przebojowa niż “Every Single Night”. Raczej spokojna, balladowa. Trzeba posłuchać jej naprawdę sporo razy, by zapadła w pamięć. Mi po ponad 10 razach się to jeszcze nie udało.

Ciężko jest mi wskazać moje ulubione piosenki z “The Idler Wheel…”. Nie ma tu zarówno słabych utworów, jak i takich, po przesłuchaniu których zbierałabym swoją szczękę z podłogi. Najbardziej jednak do gustu przypadł mi interesujący i wyrazisty kawałek “Daredevil”. Uwielbiam w nim akcentowanie  poszczególnych akordów pianina oraz Fionę, która, gdy trzeba potrafi niemal krzyczeć i śpiewać spazmatycznym głosem. Podobne wrażenie robi “Jonathan” oraz “Valentine”. Lubię również, sprawiające wrażenie lekko zakręconego kawałka, “Left Alone”. Nie sposób też przejść obojętnie obok oszczędnego w muzyczne dźwięki, ale bogatego w wokalne improwizacje artystki “Periphery” oraz niepokojącego, tajemniczego nagrania “Regret”. Najciekawszą, a na pewno najbardziej zabawną, piosenkę Fiona Apple zostawiła nam na koniec. Mowa tu o “Hot Knife”, w który wokalistka ponownie bawi się swoim głosem. Raz szepce, raz śpiewa cienkim głosem. A to wszystko z taką jazzową manierą. Wykorzystany tu został ciekawy efekt – mamy wrażenie, jakby w niektórych momentach śpiewało kilka Fion.

Teksty pisane przez Fionę są niepodobne do tych, które miałam okazję obserwować u innych wykonawców. Nie ma to tak popularnych we współczesnej muzyce określeń on the floor czy fuck me. Są natomiast ciekawe porównania, metafory. Interesująco przedstawia się fragment tekstu do “Hot Knife”, gdzie Fiona śpiewa if I’m butter then, he’s a hot knife (PL: jeśli jestem masłem, on jest gorącym nożem). Inne natomiast opowiadają o miłości w nieco mniej dziwny sposób, ale są równie dobre i ciekawe.

Nie znam poprzednich albumów Fiony, ale wydaje mi się, że mogłyby mi się spodobać. Podoba mi się to, że wokalistka nie poszła na łatwiznę. Zupełnie nie czuć, że jest to krążek nagrany w ‘epoce’ panowania przetwarzanej komputerowo muzyki. Jest ciekawy, intrygujący, inny. Dużym jego plusem jest sama Apple, która nie ma może wokalu w stylu Whitney Houston czy Christiny Aguilery, ale na pewno wyróżnia się na tle całej masy bezbarwnych wokalistek.

2 Replies to “#292 Fiona Apple “The Idler Wheel…” (2012)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *