#581 Mariah Carey “The Emancipation of Mimi” (2005)

Czas tak strasznie szybko leci. Po co o tym przypomina, możecie pomyśleć. Ano po to, bo dziwnie czuję się wiedząc, że od premiery albumu “The Emacipation of Mimi” minęło już dziesięć lat, krążek “Daydream” świętował dwudzieste urodziny, a płyta “Mariah Carey” zdmuchnęła właśnie dwadzieścia pięć świeczek na torcie. Trwający obecnie 2015 rok to dla amerykańskiej wokalistki Mariah Carey dwanaście miesięcy pełnych świętowania. Wspomniane dwa wydawnictwa z lat 90. mają już przyklejoną łatkę “kultowe”. Pytanie, czy podobną opinią kiedyś cieszyć się będzie “The Emancipation of Mimi”. Czy płyta opiera się upływającemu czasowi? Czy może już dziś brzmi oldskulowo?

Czasami mam wrażenie, że niektórym wydaje się, że szczyt zawsze należeć będzie do nich. Niestety, prędzej czy później robi się na nim dość tłoczono i ktoś musi z niego zejść lub… spaść. Mariah miała tego pecha, że znalazła się w drugiej grupce. Coś popsuło się po premierze “Rainbow”, chwilę przed nastaniem nowego tysiąclecia. Album “Glitter” został zmieszany z błotem, a jego następca, “Charmbracelet” nie wylansował żadnego przeboju, co dla Carey było nietypowe. Muzyczna suchota Mariah trwała do 2005 roku. Odważna, wyzwolona i nowoczesna płyta “The Emancipation of Mimi” sprawiła, że artystka ponownie znalazła się na ustach wszystkich.

Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie przemyślany dobór współpracowników. Za produkcję utworów divy odpowiedzialni są m.in. tacy artyści jak Jermaine Dupri, L.A. Reid, The Neptunes i Darkchild. Chociaż każdy przemycił do piosenek swój własny pierwiastek, albumowi udało się utrzymać spójność. Kompozycjom wprawdzie daleko do niezapomnianych piosenek z lat 90., ale nie sposób nie uśmiechnąć się z ulgą słuchając tych kawałków. Mariah nie musiała na nowo definiować samej siebie, by zaprezentować nam r&b godne XXI wieku.

Z duetami z innymi gwiazdami estrady Carey na dobre zaprzyjaźniła się na albumie “Rainbow”. Kilka znajdziemy także na “The Emancipation of Mimi”. Nieźle wypada, choć w głowie nie zostaje, dialog artystki ze Snoop Doggiem “Say Somethin'”. Lepsze wrażenie robi bardziej popowe niż hip hopowe “Get Your Number” z Jermaine Dupri. Przyjemnie słucha się także “One and Only” z energicznym Twistą oraz nienadającego się za bardzo do tańca, ale za to lekko staromodnego “To the Floor” (feat. Nelly).

Nie potrafię wyobrazić sobie albumu Mariah bez ballad. Chociaż nieprzerwanie od lat zachwycam się takimi kompozycjami jak “My All”, “All I’ve Ever Wanted” czy “Looking In”, późniejsze spokojne utwory Carey niezbyt mnie zadowalały. Reprezentacja takich nagrań z “The Emancipation of Mimi” nawet nie stoi obok starszych ballad artystki, lecz plasuje się kilka stopni niżej. Słuchanie lekko jazzującego “I Wish You Knew” czy natchnionych, nagranych przy udziale chórku gospel “Joy Ride” i “Fly Like a Bird” nie zostawia po sobie niezapomnianych wrażeń, mimo iż ciężko tym utworom cokolwiek zarzucić. Największe wrażenie robi soulowa, elegancka perełka “Mine Again”.

Szybko do gustu przypadła mi piosenka “It’s Like That”, która spodobać by się mogła i Ciarze przez swoje nawiązanie do hip hopu.

I’m leaving it all behind, just making the most of life (PL: zostawiłam to wszystko w tyle, po prostu czerpię z życia)

śpiewa Mariah dając nam do zrozumienia, że nagrywanie tego albumu było prawdziwą przyjemnością. Wewnętrzny spokój wokalistki sprawił, że podzieliła się ona swoim luzem ze słuchaczami. Takie kołyszące numery jak “Shake It Off” czy “We Belong Together” świetnie spełniają funkcję relaksacyjną. Zakochać się można w “Circles”, w którym Mariah umiejętnie dawkuje nam swój wielki głos. Sama piosenka kojarzy mi się z czasami albumu “Butterfly”. “Your Girl” oraz wyprodukowane przez Kanyego Westa “Stay the Night” to najsłabsze momenty “The Emacipation of Mimi”. W pierwszym utworze razi wokal Mariah. Chwilami jest nieco za ostry i przeszywa słuchacza na wskroś, co w tym przypadku nie jest miłym doznaniem. Drugą kompozycję podsumować mogę krótko: muzyka sobie, Carey sobie.

Słuchacze nie wybaczają. Po kilku słabszych latach mało kto wierzył, że Mariah jest w stanie nie tyle się podnieść i nagrywać nowe przeboje, co przygotować materiał na miarę swojego talentu. Tymczasem ona albumem “The Emacipation of Mimi” pokazała wszystkim, że wciąż należy się z nią liczyć. Wydana w 2005 roku płyta jest, jak na razie, jej drugim najlepszym krążkiem mającym premierę w XXI wieku. Mimo upływu lat wciąż dobrze się jej słucha.

7 odpowiedzi do “#581 Mariah Carey “The Emancipation of Mimi” (2005)”

  1. Poprzednie płyty Carey niezbyt mi się podobały,ale ta była bardzo dobra.Lubię do niej wracać.Płyta jest dość różnorodna i ciekawa,dzięki czemu przywróciła wiarę ludzi w amerykańską wokalistkę 🙂

  2. To prawda, wraz z rozpoczęciem XXI wieku Mariah przestała już nagrywać tak dobre albumy jak w latach 90. The Emancipation of Mimi według mnie jest jej najlepszym albumem nagranym w latach 2000. Przede wszystkim jest różnorodny a Mariah powstrzymuje się od przesadnego “piszczenia”, które mnie drażni w niektórych jej piosenkach. Aż trudno uwierzyć, że od jego wydania minęło już 10 lat!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *