#833 Dillon “Kind” (2017)

Dominique Dillon de Byington jest przykładem na to, jak miejsce, w którym się wychowujemy, może wpłynąć na nasze późniejsze wybory. W tym konkretnym przypadku – muzyczne. Urodzona w brazylijskim mieście São Paulo wokalistka nie zdążyła skończyć pięciu lat, kiedy razem z matką przeprawiła się przez Ocean i osiadła w Kolonii. Po kilkunastu latach przeniosła się do Berlina – stolicy, która jest w stanie zainspirować każdego twórcę.

Muzyczna kariera Dillon sięga 2011 roku, kiedy to ukazała się jej debiutancka płyta “This Silence Kills”. Na wydawnictwie tym artystka ostrożnie obchodziła się z elektroniką, chętniej śpiewając w towarzystwie takich instrumentów jak pianino, i chwilami zapędzając się nawet w stronę delikatnie jazzujących klimatów. Następca, “The Unknown”, nurkował głębiej w świat ciemnej elektroniki. Ubiegłoroczny album “Kind” jest hybrydą – niby Dillon pozostaje wierna swoim ulubionym melodiom, ale pozwala sobie na małe eksperymenty. Wciąż jednak więcej w jej brzmieniach europejskiego chlodu aniżeli brazylijskiego słońca.

Największą niespodzianką na “Kind” jest kompozycja “Te Procuro”. Raptem półtora minutowe nagranie jest pierwszym w karierze Brazylijki, które ta wykonuje po portugalsku, oddając tym samym hołd swym korzeniom. Melancholijny przecinek jest moim ulubionym momentem krążka. Brzmi surowo, autentycznie. Tęsknota Dillon za ojczyzną jest aż namacalna. Świetnie słucha się także takich numerów jak “Lullaby”, “Regular Movements”, “Killing Time” i “2. Kind”. Pierwszą z propozycji najlepiej określa jej tytuł. Kołysanka. Oszczędnej, uroczej aranżacja (te cymbałki!) towarzyszą jak zawsze opanowane wokale Dillon. Na innym biegunie lądują podniosłe “Regular Movements” i “Killing Time”, którego melodia oparta jest na wojskowych, woodkidowych bębnach. “2. Kind” zaskakuje zaś… elektronicznymi, klubowymi bitami. Co ciekawe płyta wita nas kompozycją zatytułowaną “Kind”. Jest ona jednak mniej udana od drugiej części, a pomysł na tak mocną obróbkę wokali Dillon (słuchaczowi wydaje się, że to jakiś osobliwy featuring) robiłby na mnie większe wrażenie, gdyby nie niedawne “Familiar” Agnes Obel, w którym zastosowano podobny efekt.

Co jeszcze skrywa trzeci studyjny album brazylijskiej gwiazdy? Warto sięgnąć po żywsze i – w porównaniu do innych piosenek z dyskografii wokalistki – niesamowicie chwytliwe “Contact Us”. Mniej podobają mi się spokojne “Stem & Leaf” i “Shades Fade”, które zwyczajnie nudzą. Niewiele może dzieje się i w “The Present”, ale sama forma utworu jest tak interesująca, że warto na dłużej się przy nim zatrzymać. Pozbawiony muzyki kawałek (jedynymi dziękami, oprócz głosu Dillon, są ledwie zauważalne odgłosy natury) stylizowany jest na nagranie na automatycznej sekretarce. Całość ma bardzo naturalny wydźwięk, przez co pomyśleć sobie można, iż piosenka zarejestrowana została tylko raz.

Do muzyki Dillon (i to nie tylko tej zawartej na “Kind”, ale i proponowanej na dwóch poprzednich płytach) najbardziej pasuje mi przymiotnik enigmatyczna. Niby bardzo prosta, oszczędna w środkach i emocjach, ale nie dająca się łatwo rozgryźć czy zaszufladkować. “Kind” nie jest jednak moim ulubionym punktem niedługiej kariery Brazylijki. Tu wciąż króluje mroczniejsze “The Unknown”. Zeszłoroczne wydawnictwo najlepiej wypada podczas pierwszego spotkania. Szybko niestety powszednieje.

Warto: Te Procuro & Lullaby

2 odpowiedzi do “#833 Dillon “Kind” (2017)”

  1. Płyta trochę mroczna, mało żywa jak dla mnie, mogło być więcej kawałków w stylu “Contact us”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *