#835 Rhye “Blood” (2018)

Jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat! Takim zdecydowanym stwierdzeniem zakończyłam swoją recenzję albumu “Woman” – debiutanckiego dzieła duetu Rhye. Płyta ta ukazała się w 2013 roku, a na jej następczynię czekać musieliśmy niemalże pół dekady. Trochę się przez ten czas pozmieniało. Przede wszystkim w samym Rhye, które od 2017 roku funkcjonuje jako solowy projekt, skupiający wokół Mike’a Milosha jedynie muzyków sesyjnych i koncertowy live band.

Krążek “Blood” określić można mianem albumu, na którym coś dobiega końca, ustępując miejsca nowym doświadczeniom. W ubiegłym roku rozeszły się drogi Milosha i towarzyszącemu mu od początku Rhye Robina Hannibala (duńskiego producenta, mającego na koncie współpracę m.in. z Selah Sue, Little Dragon i Jamiem Woonem). Kanadyjski wokalista rozstał się także z wieloletnią narzeczoną, szybko jednak znajdując nową miłość. Jakby tego było mało, dotychczasowa wytwórnia Rhye, niezadowolona ze sprzedaży “Woman”, postanowiła nie brać odpowiedzialności za “Blood”. Nagromadzenie tych wydarzeń wpłynęło na wydźwięk albumu. Jest podobne pochmurny co poprzedni, ale co jakiś czas pojawiają się jaśniejsze, bardziej optymistyczne dźwięki.

Stylistycznie także wielkiej rewolucji nie ma. Projekt Rhye to nadal granie bardzo oszczędne, choć bazujące na całej gamie przyduszonych instrumentów. Za pomocą różnorodnych dźwięków Milosh utkał elektroniczno-rhythm’and’blueslowo-soulowe numery, proponując nam kompilację utworów do potupania nóżką (“Taste”, “Feel Your Weight”, “Phoenix”) lub (to częściej) tańców-przytulańców. Spośród wszystkich kompozycji największe wrażenie robi na mnie gorzkie “Waste”, będące jedynym utworem, w którym Mike zwraca się do byłej ukochanej. Z tłumu podobnych, pastelowych nagrań wyróżnia się także nieco żywsze “Phoenix”, w którym artysta chętnie do głosu dopuścił gitarę. Ciężko wyodrębnić tu jeszcze jakieś inne piosenki, gdyż “Blood” jest płytą bardzo spójną i nienastawioną na jakiekolwiek zaskakiwanie słuchacza. Tegoroczna muzyka Rhye to bardziej soundtrack zimowych wieczorów przy herbacie, aniżeli krążek, który dostarczyć ma nam niezapomniane kompozycje. I tego najlepiej się trzymać.

Ta sama intymna atmosfera. Ten sam androgeniczny, przywodzący na myśl legendarną Sade Adu głos Mike’a Milosha. Podobnie pościelowe, urzekające swą subtelnością brzmienie. Niby od premiery “Woman” minie zaraz pięć lat, lecz słuchając “Blood” odnieść można wrażenie, iż dla Rhye czas się zatrzymał. I chociaż wszyscy gdzieś pędzą, by rzeczywistość ich nie wyprzedziła, ja chętnie postoję w miejscu, zatapiając się w ciepłych dźwiękach powrotnego wydawnictwa Kanadyjczyka. I tylko opowieści kreślone charakterystycznym wokalem Milosha podpowiadają, że coś się zmieniło. Wizję romantycznej miłości zastąpiły teksty o ponownym jej odnajdywaniu. “Blood” jest godnym następcą “Woman”, choć przyznam, że odkrywanie debiutu Rhye potrafiło dostarczyć więcej emocji.

Warto: Waste & Phoenix

5 odpowiedzi do “#835 Rhye “Blood” (2018)”

  1. Hmm, z jednej strony przyjemne relaksujące brzmienie, ale z drugiej jednak trochę nużące. Szczerze mówiąc, nie dosłuchałem do końca płyty. Najbardziej podoba mi się “Count To Five”.

  2. Zaskoczyło mnie, że utwory wykonuje facet, głos ma rzeczywiście charakterystyczny, ale zupełnie niemęski. Muzyka spokojna, relaksująca, ale piosenki bardzo do siebie zbliżone jak dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *