#872 Bishop Briggs “Church of Scars” (2018)

W Internecie znaleźć można kilka jej dodatkowych piosenek (…), wystarczyłoby dograć ze dwie-trzy i voilà. To mógłby być najlepszy płytowy debiut tego roku – pisałam w recenzji ubiegłorocznej epki Bishop Briggs. Dwudziestosześcioletnia Brytyjka muzyczną karierę rozpoczęła w 2015 roku, szybko zwracając na siebie uwagę fanów kobiecych, alternatywnych postaci. Z wydaniem debiutanckiego longplay’a zwlekała jednak do tego roku. Dość czasu, by nagrać wiele piosenek. W Briggs obudził się mały leniuszek, ale warto przymknąć na to oko.

Zawartość “Church of Scars” okazać się może niezbyt miłą niespodzianką dla słuchaczy, którzy śledzili uważnie karierę Bishop. Z dziesięciu utworów przed premierą znaliśmy aż sześć. Co więcej trójka z nich stanowiła wcześniej o sile zeszłorocznej epki. Nie dziwi obecność “River”. Wydana w 2016 roku kompozycja jest najbardziej znanym numerem Brytyjki. I… wciąż najlepszym. Moja opinia o nim nie uległa więc zmianie. Nadal podoba mi się to zderzenie dwóch oblicz artystki – delikatnego oraz agresywnego, niemalże bojowego. Nie potrafi mi się znudzić także nagranie “Wild Horses”, w którym melodia – oparta głównie na gitarze akustycznej – wzbogacona została o świetny, plumkający hook. Ze staroci najmniejsze wrażenie robi chóralne “The Fire”. Nie do końca trafiają do mnie także takie piosenki jak “Tempt My Trouble” i “Dream”. W pierwszej z nich irytuje niezdecydowanie – czy Briggs chce nam zaserwować gitarowy indie pop (zwrotki) czy przebojowy, radiowy pop (refren)? “Dream” z kolei podąża w nieciekawym kierunku.

Więcej na szczęście na “Church of Scars” udanych kompozycji. Zaskoczyło mnie “Lyin'”, którego tekst powstał we współpracy Briggs z Danem Reynoldsem z Imagine Dragons (usłyszeć go można pod koniec kawałka). W tej wolnej kompozycji wokalistka zdaje się zrzucać maskę silnej, niezależnej kobiety i decyduje się na takie wyznania jak dyin’ for your love. Jednak już w kolejnym utworze (nośnym “White Flag”) wraca ta Bishop, która podoba mi się najbardziej – dziewczyna, która nie ucieka, nie chowa się, staje zawsze do walki w pierwszym rzędzie i zdecydowanym głosem śpiewa I’d rather die than give up the fight. Sporo mocy i dozowanej rockowej energii jest także w “Hallowed Ground”. Z łagodniejszej strony artystka pokazuje się w na swój sposób eleganckim, oszczędnym “Water”, które zawiera jej najlepsze i najbardziej różnorodne wokalne partie na albumie. Nie sposób przejść obojętnie obok elektronicznej, surowej ballady “Hi-Lo (Hollow)” będącej utworem traktującym o związku opartym na całej gamie różnorodnych (zarówno dobrych, jak i złych) emocji.

Po pierwszym spotkaniu z pominiętym tu nagraniem “Be Your Love” wiedziałam, że ze sporego grona szykujących się na robienie muzycznej kariery wokalistek to właśnie kolejne kroki Bishop Briggs interesować mnie będą najbardziej. Imienna epka jeszcze bardziej rozbudziła mój apetyt na jej debiutancką płytę. I chociaż “Church of Scars” proponuje nam kilka naprawdę dobrych utworów, jako całość wypada nie tak okazale, jak oczekiwałam. Same kompozycje są mniej interesujące, a wymuskane produkcje zdają się momentami konkurować z samą artystką. Nie tak wyobrażałam sobie album, który w grudniu określić chciałam mianem najlepszego tegorocznego debiutu.

Warto: River & White Flag

3 odpowiedzi do “#872 Bishop Briggs “Church of Scars” (2018)”

  1. Dotychczas przesłuchałam tę płytę raz, ale całkiem mi się spodobała, więc pewnie do niej powrócę. Epki, o której wspominasz, nie miałam okazji słuchać, ale nie lubię takich sytuacji, gdy taka epka stanowi podstawę longplayu.
    Zapraszam na nowy wpis.
    Pozdrawiam 🙂

  2. Bardzo lubię Bishop Briggs za jej wokal i będę jej kibicować, ale płyta jest chyba trochę przeprodukowana. Na pewno warto obserwować jej poczynania, ale mam nadzieję, że w przyszłości znajdzie się ktoś, kto ją lepiej poprowadzi muzycznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *