RECENZJA: Lorde “Virgin” (2025) (#1607)

Po letnim przyjęciu “Solar Power” – płycie, będącej dla słuchaczy rozczarowaniem po intensywnym emocjonalnie projekcie “Melodrama” – wydawało się, że Lorde może na dobre zniknąć z naszych radarów. Trzy lata ciszy i brak wyrazistej obecności w mainstreamie tylko umacniały to wrażenie. Pochodząca z Nowej Zelandii wokalistka wraca jednak z przytupem, ale i lekką obojętnością co do tego, jak jej piosenki poradzą sobie na listach przebojów. A mimo wszystko ponownie ekscytuje.

Era “Pure Heroine” od dawna jest już pieśnią przeszłości, ale wciąż krążek ten wiele znaczy – była to płyta, która w czasach pogoni za EDM-owymi hitami brzmiała niezwykle oszczędnie i świeżo. Słuchacze pokochali Lorde także i za jej szczere spojrzenie na świat. Dzieła dopełnił krążek “Melodrama”, który dla nastoletniej publiczności był autentyczną opowieścią o pierwszym złamanym sercu. Lorde swoimi piosenkami dawała nam znać, że jest taka jak my. Albumem “Virgin” artystka chce ponownie wkupić się w nasze łaski. To nowe rozpoczęcie.

Otwierająca krążek kompozycja “Hammer” dość długo jednak zostaje w klimacie stonowanego elektropopu, sprawiając, iż z niecierpliwością oczekujemy mocniejszego hooku. Ten w końcu następuje, lecz jest raczej umiarkowanie taneczny. To niezły opener z potencjałem na imprezowe remixy. Bardziej podoba mi się jednak synth popowy, wpadający w ucho singiel “What Was That”, który potrzebował kilku tygodni, by wkupić się w moje łaski – zupełnie jak przed paroma laty “Green Light”. Piosenką o podobnie komercyjnym sznycie jest tematycznie cięższe (zaburzenia odżywiania) “Broken Glass”. Lekkimi kawałkami są również zmysłowe, alt-rhythm’and’bluesowe “Shapeshifter”, “Favourite Daughter” oraz “GRWM”. Aranżacyjnym minimalizmem odznaczają się “Current Affairs” o delikatnie egzotycznym posmaku oraz piękny, mglisty “David”, w którym za gitarę odpowiada Justin Vernon. Jeszcze dalej Lorde w tym całym minimalizmie poszła w “Clearblue”. Pozbawiony melodii numer stawia na różnorodne wokale, które tworzą dźwięki. A ja kolejny raz przekonuję się, że najciekawszym instrumentem może być ludzki głos. Highlightem “Virgin” jest jednak indietroniczna ballada “Man of the Year” z mocnym, industrialnym zakończeniem. Właśnie takich zaskoczeń mi na tym krążku brakuje. Na drugim biegunie ląduje “If She Could See Me Now” – ten mix popu z rockowymi elementami wprawdzie rozbudza, choć jest pozbawiony tego specyficznego klimatu.

Nie sposób jednak pisać o “Virgin” i nie wspomnieć o “Solar Power”, gdyż ciekawa jest metamorfoza, jaką Lorde przeszła. Po sennej płycie nawiązującej do folku i będącej pochwałą wolnego życia z dala od zgiełku i technologii nowozelandzka wokalistka ląduje w wielkim mieście, chce prowokować, a jej brzmienie wraca na elektroniczne tory. Efektem jest porcja piosenek, których słucha się bez większego problemu, nawet jeśli ich tematyka nie jest beztroska. Lorde dużo miejsca poświęca bowiem poszukiwaniu własnej tożsamości i odnajdywaniu się w dorosłym świecie. Album nie angażuje podobnie jak “Pure Heroine” czy “Melodrama”, ale nie jest też tak cringe’owy jak “Solar Power”.

Warto: David & Man of the Year

_______________

Pure Heroine ♦ Melodrama Solar Power

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “RECENZJA: Lorde “Virgin” (2025) (#1607)”

  1. Mam mieszane uczucia słuchając “Virgin”, bo z jednej strony cieszy mnie to, że po “Solar Power” nie ma już śladu, z drugiej mam wrażenie, że to wszystko już było i to nic oryginalnego. Muszę go jeszcze kilka razy przesłuchać, a na razie ląduje na trzecim miejscu w moim rankingu albumów Lorde.
    Pozdrawiam. 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *