
Wydana przez dwoma laty płyta “Gag Order” była niesamowicie szczerym i bolesnym rozliczeniem z problemami, jakie ciągnęły się za Keshą wiele lat. Dziś amerykańska wokalistka wraca w zupełnie innej odsłonie. Album “.” (period) jest nie tylko pierwszym krążkiem wydanym przez jej własną wytwórnię, lecz przede wszystkim odrodzeniem i rozpoczęciem zupełnie nowego rozdziału. Tytuł płyty nie jest więc przypadkowy. Kesha stawia kropkę, odcina się od przeszłości i cieszy zdobytą wolnością.
Do tej przeszłości warto jednak na chwilę wrócić, tym bardziej, że sama artystka na nowym albumie wcale nie idzie kompletnie inną drogą. Ona wraca na popową ścieżkę, choć jej pop na “.” nie jest tak elektroniczny i imprezowy, co za czasów debiutanckiego “Animal”. W samej Keshy jest także mniej szaleństwa. Uwalniając się od kontraktów i dawnych więzów, stworzyła materiał kipiący hedonizmem i wolnością.
Płyta “.” zaczyna się jednak nieoczywistym nagraniem “Freedom”. Trwająca przeszło sześć minut kompozycja jest klimatycznym, pop rockowym okrzykiem na cześć, a jakże, wolności. Świetna, mocna piosenka. Równie udana jest singlowa propozycja “Joyride” – Kesha zerka na hyperpop, synth pop i… sięga po akordeon. Niebanalnie wybrzmiewa i zapożyczające kowbojski styl “Yippee-Ki-Yay”. Co jeszcze przykuło moją uwagę? W sumie… niewiele. Po głowie błąka się czasem delikatnie taneczne, nieco nawet leniwe “Love Forever”; imprezowe, elektropopowe “Boy Crazy”, które przypomina mi o początkach wokalistki; czy pulsujące klubowym, dusznym bitem “Too Hard”. Po drodze mijamy ciężki balladopodobny numer “Delusional”; hyperpopowe, kiczowate “Red Flag” czy równie nieciekawe “The One”. Na sam koniec Kesha podrzuca balladę “Cathedral”, która sprawia wrażenie drugiej części pamiętnego “Praying”. Jest to ładna piosenka pełna refleksji na temat duchowego przebudzenia, ale pasująca do reszty jak pięść do oka. Dużo lepiej odnalazłaby się na “Gag Order”.
Płyta “.” jest swoistym restartem kariery Keshy. Płytą, którą zrobiła przede wszystkim dla siebie, by odzyskać równowagę i poczuć się beztrosko. Co my z tego mamy? Materiał, który nie jest zbyt równy. Po osobistym krążku “Rainbow”, posiadającym kilka niezłych, kolorowych kawałków “The High Road” a przede wszystkim eksperymentalnym, momentami psychodelicznym “Gag Order” (wciąż mój numer jeden w jej dyskografii) “.” wypada po prostu blado i mało interesująco. Jak na album, którym Kesha zrywa metaforyczne łańcuchy, jest bezpiecznie i dość płytko.
Warto: Freedom & Joyride
___________
Animal ♥ Cannibal ♥ Warrior ♥ Rainbow ♥ High Road ♥ Gag Order