#791 Kesha “Rainbow” (2017)

Kilkanaście miesięcy temu pół muzycznego światka żyło sprawą amerykańskiej wokalistki Keshy (niegdyś Ke$hy) i procesem, jaki ta wytoczyła wytwórni Sony Music i związanemu z nią producentowi Dr. Luke’owi. Nie zagłębiając się w szczegóły – artystka chciała anulować kontrakt płytowy i odciąć się od człowieka, który znęcał się nad nią psychicznie. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ale po prawie pięciu latach muzycznej posuchy dostaliśmy nowy album o bardzo wymownym tytule “Rainbow”.

Czytaj dalej #791 Kesha “Rainbow” (2017)

#298, 299 Taylor Swift “Red” (2012) & Ke$ha “Warrior” (2012)

Obecnie nie ma chyba popularniejszej wokalistki w USA od Taylor Swift. Każda kolejna jej płyta z miejsca staje się hitem i sprzedaje się jak świeże bułeczki. Nie inaczej było oczywiście z “Red”. W niespełna dwa miesiące album zakupiło 3 miliony słuchaczy. Pytanie – czy przesłuchali wcześniej utwory z “Red”, czy też zakupili w ciemno, mając pewność, że im się spodoba, bo w końcu to TA Swift? Ja bym chyba czwartej studyjnej płyty Taylor za dramo nie wzięła. Miejsca na półce coraz mniej, a po co ma się kurzyć?

Czytaj dalej #298, 299 Taylor Swift “Red” (2012) & Ke$ha “Warrior” (2012)

#28, 29, 30 Selena Gomez “A Year Without Rain” (2010) & Ke$ha “Cannibal” (2010) & Avril Lavigne “The Best Damn Thing” (2007)

Byłam ciekawa tego albumu. Zastanawiałam się, czy Selena poprawiła swój wokal i muzykę od “Kiss & Tell” (moja recenzja). Na szczęście nastąpiła pewna poprawa, ale nie jest to jeszcze płyta na najwyższą ocenę. Ponownie już otrzymujemy popowy album z elementami electro i dance. Najbardziej zaskoczyła mnie piosenka “Rock God”, którą dla Seleny napisała Katy Perry. Przynajmniej w tym utworze gwiazdka nie brzmi jak mała dziewczynka. Zdziwiłam samą siebie, że “Summers Not Hot” zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Wprawdzie momentami brzmi kiczowato, ale ogólna ocena piosenki jest dobra. Podoba mi się też “Intuition”. Wyrapowane momenty (spokojnie, nie przez Gomez) świetnie kontrastują z delikatnym głosem wokalistki. Oprócz tanecznych numerów takich jak “Sick Of You” czy “Round&Round” otrzymujemy 2 ballady – “Ghost Of You” i “Live Like There’s No Tomorrow”. Pierwsza bardziej przypadła mi do gustu. Drugą na początku zaliczyłam do najgorszych na “A Year Without Rain”, ale da się do niej przyzwyczaić.

Ke$ha nie odpuszcza. W styczniu pojawiła się jej debiutancka płyta “Animal” (moja recenzja) a już otrzymujemy jej nowy album pt. “Cannibal”. Czyżby chciała “pożreć” nasze serca swoją muzyką? Mojego jeszcze nie dostanie. Jednak nie mogę wymagać od niej, by nagle przerzuciła się na soul czy rock. Sama Ke$ha, która momentami wypluwa z siebie słowa niczym maszyna, odnajduje się w swoim stylu. Od poprzedniej płyty rewolucji więc nie ma. To nadal pop, dancepop i electropop. Chwilami trochę wyrapowane. Ten album jest podobno kontynuacją “Animal”. Dla mnie nie bardzo. Piosenki zawarte na “Cannibal” bardziej mi przypadły niz tamte. Chociaż i tak cała płyta (8 nowych piosenek + remix) podoba mi się do połowy. “Cannibal”. “We R Who We R”, “Sleeze” (nowa wersja “Hollaback Girl” Gwen Stefani?) oraz “Blow”. Pozostałe są naprawdę przeciętne. Najgorszy jest chyba ten remix. Brrr, nie da się tego słuchać. “Grow  a Pear” brzmi podobnie (w refrenie) jak “California Gurls” Katy Perry. Płyta idealna na imprezy. Wiadomo, że taka muzyka zawsze dobrze się sprzeda.

Ocenić płytę Avril “The Best Damn Thing” jest niezwykle trudno. Trzy lata temu ten album bardziej mi się podobał. Teraz, gdy spojrzałam na niego ponownie, zauważyłam, że ma parę wad. Przede wszystkim dostajemy okropnie komercyjny produkt. Tu aż tą komercją kapie. Ze zbuntowanej, rockowej dziewczyny jaką Avril była na dwóch pierwszych albumach zmieniła się w odrobinę słodką, nastawioną na zysk gwiazdą. Kiedyś była bardziej naturalna. A co do muzyki prezentowanej ja “The Best Damn Thing”. Szybko wpada w ucho, piosenki są melodyjne. Jednak ich teksty to w większości porażka. Aż nie chce się wierzyć, że Avril była ich współautorką. “I’m the one who wears the pants” (“Jestem jedyną która nosi gacie”) z piosenki “I don’t have to try”  nie należy raczej do najmądrzejszych czy tych z jakimś przesłaniem. “Hey Hey You You” z “Girlfriend” też jest niemiłosiernie irytujące. Na szczęście są i ballady. “When you’re gone”, “Innocence” czy “Keep holding on” prezentują się o niebo lepiej niż ich płytowi “koledzy”. Podsumowując. Avril na pewno mocno zaskoczyła swoich fanów. Na pewno nie spodziewali się, że ich idolka nagle stanie się równie plastikowa jak niektóre gwiazdki muzyki. Ale “The Best Damn Thing” na pewno przysporzyło jej nowych wielbicieli. Młodzież, uwielbiającą się bawić. Czy to szczyt ambicji Lavigne?