Relacja z Bittersweet Festival 2025

Ogłoszony przed rokiem festiwal Bittersweet wywołał u mnie sporo emocji. W końcu pojawiła się szansa na to, że w niezbyt atrakcyjnym pod koncertowym względem Poznaniu ma szansę wydarzyć się coś fajnego. Coś, co mogłoby być niezłą alternatywą dla Orange Warsaw Festival i luką po niesławnym już Fest Festivalu. Pierwsza edycja trzydniowej imprezy już za nami, więc pora na podsumowania. Było bardziej bitter czy sweet?

Czwartek, 14. sierpnia

Pierwszy dzień festiwalu zaczął się dla mnie występem zespołu, który poznałam przeglądając plakat wydarzenia. Brytyjska psychodeliczna formacja Tempesst nie była mi wcześniej znana – dziś ich twórczość (przede wszystkim z albumu “Forbidden Fruit”) często gości w moich głośnikach, co tylko jest dowodem na to, że warto zanurkować głębiej w niejeden line up i nie skupiać się na największych nazwiskach. Sama kapela nie zgromadziła dużej publiki, a ich występ był raczej leniwym setem w promieniach słońca, a ja chętnie przekonałabym się, jak wypadają w klubowym wydaniu. Na wielkiej scenie jak ryba w wodzie czuła się za to Julia Wieniawa – postać z polskiego show biznesu, która od lat waha się między aktorstwem a muzyką. Spore doświadczenie zdobył już i Wiktor Dyduła, którego nieduża jak na razie dyskografia obfituje w lekkie, radiowe pop rockowe kawałki. Wieczór należał zaś do dwóch wokalistek, które zabrały nas w podróż do początków lat dwutysięcznych. Natasha Bedingfield, Brytyjka znana z takich hitów jak “Unwritten”, “Pocketful of Sunshine” i “These Words”, przygotowała mocny set, w który wplotła kilka coverów zaskakując m.in. wykonaniem “Politik” Coldplay, “Zombie” The Cranberries czy “Birds of a Feather” Billie Eilish. I być może zgarnęłaby tytuł królowej nostalgii, gdyby nie Nelly Furtado, która objeżdża Europę ze swoistym best ofem. Kanadyjska artystka skupiła się na swoich najpopularniejszych singlach (m.in. “Say It Right”, “Try”, “I’m Like a Bird” czy “Maneater”) zabierając nas na spacer po swojej trwającej przeszło ćwierć wieku karierze. Wprawdzie wokalistka spóźniła się kilkanaście minut, a jej forma nie była najwyższa, to z pewnością dla każdego, kto pamiętał dominację Furtado i jej płyty “Loose” w latach 2006/2007 ten występ był spełnieniem nastoletnich marzeń.

Piątek, 15. sierpnia

Drugiego dnia festiwalu największą scenę przejęła na początek Ella Eyre. Brytyjska wokalistka zdobyła popularność dogrywając się do kawałków m.in. Sigala, Rudimental czy DJ Fresh. Jej własne utwory wciąż zostają na drugim planie, co z pewnością wpłynęło na fakt, że na drugi album artystki czekamy już dekadę. “Everything, In Time” majaczy już na horyzoncie, a sama Ella chętnie prezentuje nowości na żywo swobodnie skacząc między soulem, popem i drum’n’bass. To był jeden z tych występów, co do których nie miałam wielkich oczekiwań, a koniec końców miło się zaskoczyłam. Złoto w tej kategorii dzierży jednak formacja Empire of the Sun, która zagrała najlepszy koncert podczas pierwszej edycji Bittersweet. To było przede wszystkim skrupulatnie przygotowane widowisko z retro-futurystycznymi kostiumami, wspaniałymi wizualizacjami, scenografią oraz ułożoną z głową setlistą, która obfitowała w nowsze (“Television”, “Music on the Radio”, “Cherry Blossom”) i starsze nagrania (“Alive”, “DNA”, “We Are the People”), przy których nie szło ustać w miejscu. Solidnie wypadł także występ Post Malone. Zatrzymałam się na jego przeboju “Rockstar” i z zaskoczeniem przyjęłam fakt, że w ostatnich latach artysta odszedł od hip hopu w stronę country i rocka. Na scenie towarzyszył mu live band oraz chórki, lecz on sam przebywać wolał wśród fanów, chętnie się do nich zwracając. Nie było w tym kalkulacji, ale szczerość i naturalność.

Sobota, 16. sierpnia

Pochodząca ze Szwecji Loreen, która jest dwukrotną laureatką Eurowizji, gości w Polsce regularnie, lecz dla mnie było to pierwsze spotkanie z jej osobą. Przygotowany przez nią godzinny set był przekrojem przez najróżniejsze elektroniczne dźwięki (niespodzianką była kompozycja “Jupiter Drive” z jej niedocenionej płyty “Ride”), którego kumulacją były eurowizyjne przeboje “Tattoo” i rozciągnięta “Euphoria” – Loreen śpiewa ten numer od kilkunastu lat i próbuje się nim bawić. Nie mogłam jednak pozbyć się wrażenia, że dla stojącej w miejscu artystki i jej minimalistycznych wizualizacji główna scena jest odrobinę za wielka. Muzyką wypełnił ją za to Theo z uwielbianego w Polsce duetu Hurts. Miałam okazję być lata temu na ich dwóch halowych koncertach, ale dopiero plenerowy występ mi uświadomił, że to projekt, który zasługuje na otwarte przestrzenie i morze słuchających ich ludzi. Hurts świętują 15-lecie debiutu “Happiness” i piosenki z tej płyty zdominowały występ, ale nie zabrakło i takich klasyków jak “Miracle”, “Somebody to Die For” i “Some Kind of Heaven”. Całość wieńczyły klubowe bangery “Nothing Will Be Bigger Than Us” i “Under Control”, zaś Theo pożegnał się z publicznością sentymentalnym kawałkiem “Stay”.

Po Hurts scenę przejął zaś Taco Hemingway – raper, który w ostatnim czasie zwolnił z nagrywaniem i koncertowaniem. Jego występ w ramach Bittersweet zapowiadany był jako jedyna okazja, by zobaczyć go na żywo w tym roku i przyznam, że to work life balance, który niezwykle szanuję i żałuję, że sama nie mogę go uprawiać. Artysta wziął do siebie nostalgiczny motyw przewodni imprezy i wyciągnął ze swojej szuflady kawałki, które bazują na tematyce przeszłości i wspomnień (“ZTM”, “Całe lata”, “Nostalgia”), dodał do nich swoje najbardziej rozpoznawalne utwory (“Następna stacja”, “Fiji”, “Deszcz na betonie”) by za moment zniknąć ze sceny, wrócić na nią w garniturze i w towarzystwie tancerzy i ogłosić, że wykona w całości epkę “Trójkąt warszawski”, która swoją premierę miała dekadę temu i sprawiła, że o Taco zrobiło się głośno. Te kawałki tworzące spójną historię wciąż brzmią świetnie i robią wrażenie, choć pod względem przebojowości ustępują wielu jego nowszym kompozycjom. Narracyjnie ten materiał nadal jest jednak hemingway’owskim top.

Pierwsza edycja Bittersweet Festival zostawiła po sobie pozytywne wrażenie. Świetnym pomysłem było zorganizowanie wydarzenia w centrum miasta, w parku Cytadela. Aranżacja miejsca była staranna, a drzewa zapewniały cień. Cieszy fakt, że organizatorzy nie upierali się przy tak popularnym zakazie wnoszenia wody i swobodnie można było napełniać butelki. Line up został tak przygotowany, by każdy znalazł coś dla siebie, choć przyznam, że po pierwszych grudniowych ogłoszeniach myślałam, że festiwal grać będzie na sentymencie millenialsów, a na scenie zaprezentuje się więcej artystów, których prime time wypadał na lata dwutysięczne. Co dostaniemy za rok? Karty będą powoli odkrywane, a póki co wiemy, że widzimy się w tym samym miejscu w 2026 roku.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *