O tym, co mnie irytuje we współczesnej muzyce

Pewnie każdy meloman ma swoje małe listy rzeczy, które potrafią go wyprowadzić z równowagi. Nie chodzi nawet o to, że nowe pokolenia artystów tworzą “gorzej” czy “lepiej” – muzyka wszak zawsze się zmienia, a gust to sprawa osobista. Ale są pewne zjawiska i trendy, które z czasem zaczynają drażnić tak, że trudno przejść obok nich obojętnie. W tym artykule pozwolę sobie trochę ponarzekać – czasem z przymrużeniem oka – na to, co mnie najbardziej irytuje we współczesnej muzyce. Bo choć ją kocham, mam wrażenie, że ona wcale nie odwzajemnia moich uczuć.

Koncertowa patologia

Artysta ogłasza trasę koncertową. Pojawia się ekscytacja i oczami wyobraźni już widzicie siebie bawiących się w najlepsze na jego koncercie? Najczęściej zostaje to tylko w sferze marzeń. Obecnie zdobycie biletu na występ popularnych wykonawców graniczy z cudem. Dziesiątki przedsprzedaży (jedna dla klientów danego banku, inna dla posiadaczy paszportu Polsatu, kolejna dla osób urodzonych w określonych miesiącach, następna dla tych, co potrafią złożyć język w trąbkę itp. itd.) oraz osoby, które wykupują całe pule wejściówek, by następnie odsprzedać je z kilkukrotną przebitką (sieć obiegła informacja, że z drugiej ręki można nabyć bilet na Arianę Grande za ponad milion dolarów!) sprawiają, że proces ten budzi ogromne frustracje. Co ciekawe przed boomem na social media takich problemów nie było. Na spokojnie stacjonarnie (!) można było zakupić bilety na polskie koncerty P!nk, Beyonce, Imagine Dragons czy Florence + The Machine. Been there, done that. Dziś większość osób chodzi na takie wydarzenia nie dla samej muzyki, lecz by ogłosić światu, że się widziało na żywo najpopularniejszy zespół. A że shazamują podczas koncertu “Don’t Look Back in Anger”? Who cares. Ty słuchający Oasis od lat nie miałeś szans na bilet, bo tiktokerka zajęła twoje miejsce. Sami artyści często podsycają to szaleństwo i wymyślają różne sposoby na podbicie ekskluzywności wydarzenia – należą do nich m.in. zapisywanie się do newslettera po kod umożliwiający ustawienie się w kolejce (Radiohead, Taylor Swift), występy w nielicznych miejscach Europy (Beyonce, Ariana Grande) oraz zapowiedzi, że to już na pewno ostatnia szansa na zobaczenie kogoś na żywo (Quebonafide). Ubawiła mnie zresztą złość wielu fanów rapera, którzy – gdy ten dodał drugą datę swojego pożegnalnego show na Narodowym – narzekali, że przez to nie będą już tacy wyjątkowi biorąc udział w tym wydarzeniu, bo dzień później inni dostali tę samą szansę. Keep calm, dziś nikt nie jest wyjątkowy.

Tik tok

Kiedyś wielki przebój Keshy, dziś aplikacja, która nie przestaje bić rekordów popularności. I chociaż prędzej utnę sobie rękę niż założę tam konto, nie sposób niestety nie zauważyć, że patent tik toka powiela Instagram. W efekcie docierają do mnie podobne filmiki, w których przewijają się ciągle te same piosenki. Over and over again. I to w tym samym czasie. Serio? Biblioteka Spotify składa się z milionów kompozycji, a twórcy reelsów zamiast silić się na oryginalność, wolą płynąć z prądem. Tik tok sprawił, że cały utwór został zdegradowany do miana kawałka, tych kilkunastu sekund, które mają przyciągnąć uwagę i stać się viralem. Co więcej hype na dany numer szybko się wypala, a piosenka znika w morzu kolejnych trendów. Trudniej więc o długofalowe budowanie kariery i coraz więcej współczesnych wykonawców nie jest kojarzonych ze swoich albumów, ale z krótkiego fragmentu kompozycji. W poniedziałek znasz ich piosenkę na pamięć, w środę już nie pamiętasz jej tytułu, a w piątek… jest już nowy trend. To taki muzyczny fast fashion – byle szybciej, głośniej, dalej.

We’re gonna be legends…

śpiewał przed laty zespół Welshly Arms, a ja ze smutkiem stwierdzam, że nie żyjemy już w czasach, które generowałyby prawdziwe gwiazdy muzyki. Kiedyś, żeby robić karierę w muzyce, trzeba było mieć coś, co nazywano talentem. Wiecie, umiejętność śpiewania, grania na jakimś instrumencie albo chociaż napisania piosenki, którą ktoś zechce nucić. Dziś wystarczy, że potrafisz… patrzeć w kamerę. Całą resztą zajmie się autotune i sztab producentów, którzy zrobią z byle mruczenia chwilowy przebój. Dodając do tego szybką konsumpcję nowej muzyki oraz jej ogrom (ponoć każdego dnia w streamingach ukazuje się kilkadziesiąt tysięcy nowych piosenek) ciężko utrzymać jakąkolwiek więź z wykonawcą, który zadebiutował chwilę temu, bo za chwilę pojawia się ktoś bardziej ekscytujący. Na palcach jednej ręki policzyć można artystów, którzy zaczęli karierę w ostatniej dekadzie, a którzy są w stanie utrzymać swoją popularność (Billie Eilish, Harry Styles, Doja Cat, Bad Bunny). Daleko im jednak do ikonicznego statusu Whitney Houston, Madonny, The Beatles czy Boba Dylana.

Algorytmy dyktują trendy, playlisty rządzą światem, talent stał się dodatkiem opcjonalnym, a w koncertach uczestniczymy po to, by się pochwalić w mediach społecznościowych – tak widzę współczesny muzyczny świat. Mimo wszystko muzyka wciąż potrafi wkręcić się w głowę, poruszyć serce i sprawić, że nogi same ruszają w rytm.

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “O tym, co mnie irytuje we współczesnej muzyce”

  1. Ciekawy wpis. Mi przeszkadza to jak koncerty stają się być rozrywką dla zamożnych. Pójście na koncert z rodziną to już kwota czterocyfrowa. Ceny biletów są z kosmosu i dowiadujemy się o nich dopiero kiedy rusza sprzedaż. Po odświeżeniu strony ceny rosną i w rezultacie żeby kupić bilet na trybuny trzeba wydać prawie 1000zł + opłaty serwisowe za nic… Osobiście nie doświadczyłam większych problemów z zakupem biletów (odpukać), ale ręce mi opadły, kiedy dowiedziałam się, że w chwili startu (!!!) oficjalnej sprzedaży nie było już biletów na Lady Gagę czy Florence w Krakowie (na zagraniczne koncerty F+TM takiego problemu nie było).
    Tiktokeryzacja branży muzycznej też mnie irytuje, chociaż apki nie używam, a w instagramowe i facebookowe rolki wchodzę rzadko. Bardziej przeszkadza mi to, że utwory są krótkie, szybkie, właśnie po to, by stały się viralowymi trendami, a potem szybko odchodzą w zapomnienie. Sama zdążyłam już zapomnieć o istnieniu “I Like the Way You Kiss Me” czy remixie “Pedro”, chociaż lansowano je przysłowiowo wszędzie. Mam też problem, żeby wymienić piosenki sprzed 2 lat, które właśnie utrzymały swoją popularność i wciąż się jej pamięta (moja pierwsza myśl to “Espresso”, “Flowers” i… hmm, nad innymi przykładami muszę się zastanowić).
    Pozdrawiam 😊

Odpowiedz na „SzafiraAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *