
Australijska wokalistka i songwriterka Stella Donnelly zaliczyła przed kilkoma laty niezły start. Jej indie popowa płyta “Beware of the Dogs” zebrała niezłe recenzje i wprowadziła artystkę na niezależne listy przebojów. Odpowiedniemu przyjęciu i promocji drugiej, “Flood”, przeszkodziła światowa pandemia. Dziś Donnelly prezentuje krążek numer trzy z perspektywy wykonawcy, który ponownie chce zainteresować sobą słuchaczy.
Składające się z jedenastu nagrań wydawnictwo “Love and Fortune” rozpoczyna się piosenką, za którą Australijka z pewnością chciałaby otrzymać tytułowe owacje na stojąco. “Standing Ovation” początkowo jest piękną, harmonijną produkcją, która nagle skręca w stronę domowego indie rocka. Niezły plot twist, choć może aż nazbyt zaskakujący. W indie folkowe, wakacyjne tony Stella uderza w króciutkim “Being Nice”, by za moment przy surowszych dźwiękach powrócić do wyrazistszych gitar (“Feel It Change”). Nagraniami z podobnej indie bajki są także “W.A.L.K” oraz muśnięte elektroniką “Laying Low” – w drugiej z nich jest coś tak słodko nostalgicznego, że ciężko mi przejść obok obojętnie. Zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji w dyskografii Donnelly. Bogatszą aranżacją charakteryzuje się również “Ghosts”. Prawie połową albumu zajmują za to utwory, które odznaczają się ogromną prostotą i dźwiękowym minimalizmem. Czasem do tego stopnia, że nie słyszymy nic więcej poza krystalicznym wokalem Stelli (“Baths”). Ja jednak lubię te momenty, gdy artystka daje się prowadzić klawiszom pianina (“Year of Trouble”, “Friend”, “Love and Fortune”), choć intrygująco wypada i jej wycieczka w stronę ambientu (“Please Everyone”).
Niezbyt przejęłam się na wieść o premierze trzeciego albumu Stelli Donnelly, więc i po premierze nie rzucałam się na “Love and Fortune” jakoś szybko. Zwyciężyła jednak ciekawość. Tegoroczne wydawnictwo udowadnia, iż australijska wokalistka nie musi porzucać swoich indie popowych korzeni, by brzmieć dojrzalej i odważniej. Przeciwnie – im subtelniejsze aranżacje, tym wyraźniej słychać, że jej największą siłą są głos i słowa. Donnelly udowadnia, że potrafi zanurzyć się głębiej, ale wciąż pozostać sobą.
Warto: Laying Low & Friend
_____________
Przestałam śledzić muzyczne poczynania Donnelly po “Beware of the Dogs” i chociaż wspominam go dobrze, to nie wracam do niego często. Nie wiem jeszcze, czy sięgnę po “Love and Fortune”, bo obecnie interesuje mnie inne brzmienie.
Pozdrawiam. 😊