RECENZJA: Madison Beer “Locket” (2026) (#1663)

Kariera Madison Beer od początku rozwijała się etapami. Z jednej strony było szybkie zainteresowanie mediów i łatka artystki z sieci, z drugiej zaś konsekwentna próba wyrwania się z tego schematu i zbudowania pozycji pełnoprawnej popowej wokalistki. Jej dwie poprzednie płyty były ważnym krokiem w tym procesie łączącym mainstreamowe brzmienia z artystycznym sznytem. Madison ryzykowała i wykazywała ambicję wyjścia poza główny nurt. Nie bała się mroczniejszych tonów ani bardziej osobistych tematów. Gdy wybuchł szał na singiel “Make You Mine”, zaczęłam obawiać się, że Beer zboczy z obranego kursu i stanie się wokalistką, która próbować będzie zadowolić przede wszystkim algorytmy. Sprawdzam dziś, czy “Locket” da się lubić.

Z jedenastoma piosenkami dającymi łącznie nieco ponad pół godziny muzyki “Locket” staje się najkrótszym wydawnictwem w dyskografii Beer. Przygodę z nim rozpoczyna smyczkowo-ambientowe intro “Locket Theme”, po którym następuje szybki bieg w stronę parkietu – pulsujący elektropopowy numer “Yes Baby” to Madison w swojej klubowej erze. Nagranie to początkowo wydawało mi się być zbyt masywne i hałaśliwe jak na delikatne wokale Amerykanki, ale dziś stanowi dla mnie jeden z mocniejszych momentów wydawnictwa. Warto się nim nacieszyć, bo “Locket” wcale nie skrywa wielu imprezowych utworów. A już na pewno nie tak dobrych. Viralowe “Make You Mine” o błyszczących syntezatorach i klubowym bicie zestawionym z popową chwytliwością znudziło mi się już kilkukrotnie. W żonglującym tempem, synth popowym “Complexity” niby dzieje się sporo, a tak naprawdę nie zostaje z tego w pamięci nic. Nie przekonuje mnie także nagły zwrot w fortepianowym “Nothing At All” w stronę elektropopu. Pewne pokłady przebojowości mają w sobie także eteryczne, rhythm’and’bluesowe “Angel Wings” oraz kołyszący, przygaszony synth pop “Bittersweet”. Z pozostałych piosenek zabieram dla siebie eleganckie “For the Night” oraz dream popowe “Healthy Habit”.

Kilka lat temu Madison Beer wydawała mi się być kolejnym nazwiskiem, które za chwilę zniknie nam z oczu. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy utwory z jej dwóch poprzednich płyt potrafiły mnie autentycznie zauroczyć. To właśnie takie piosenki jak “Envy the Leaves” czy “Follow the White Rabbit” udowadniały, że Beer ma znacznie więcej do zaoferowania niż poprawnie skrojony pop. Na tle tamtych momentów “Locket” wypada znacznie spokojniej. Jest płytą bezpieczną, ale zbyt pastelową, by na dłużej zatrzymać moją uwagę. Brakuje tu kompozycji, które wytrąciłyby słuchacza (i samą artystkę) z komfortu i pokazały, jak wiele różnych twarzy potrafi mieć Madison. W zestawieniu z dwoma poprzednimi długograjami “Locket” jest nużące i zachowawcze. Tak jakby wokalistka zapomniała, jak ciekawie potrafiła już przedstawiać się za pomocą dźwięków.

Warto: Yes Baby & For the Night

_______________

As She PleasesLife Support ♥ Silence Between Songs

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

2 komentarze do “RECENZJA: Madison Beer “Locket” (2026) (#1663)”

  1. Twoją internetową twórczość obserwuję i czytam już gdzieś od około 12 lat o ile dobrze pamiętam. Ostatni słabo komentowałem ale obiecuję że się poprawię. I nawet nie wiesz jak cieszą mnie twoje recenzje nowych płyt, bo Ja szczególnie siedzę w nowej muzie. Tak się składa że album Madison jakiś czas temu słuchałem. Nawet zadebiutował już na mojej liście płyt. Co do samego wydawnictwa to pierwsze co zauważyłem to, to że początek albumu moim zdaniem jest słabszy niż druga część płyty. Przynajmniej Ja miałem takie wrażenie. Jak zacząłem słuchać to myślałem że nie dotrwam do końca, ale jednak potem było lepiej.
    Ps. Nie myślałaś aby dodać ocenę do swoich recenzji? Żeby wiedzieć na ile wyceniasz dany album?

    1. Cześć 🙂
      Kiedy w 2010 roku zaczynałam, to miałam dodane do recenzji gwiazdki na ile oceniam daną płytę. Potem z tego zrezygnowałam, bo nie jestem fanką oceniania muzyki przez noty jak w szkole. Ciężko o jakieś sensowne kryteria, bo przewija się tu wiele gatunków, sięgam po płyty z różnych dekad itp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *