RECENZJA: Mumford & Sons “Prizefighter” (2026) (#1673)

Wielu rzeczy spodziewałam się w tym roku, ale na pewno nie tego, że brytyjska kapela Mumford & Sons tak szybko wypuści nowy album. Od “Rushmere” nie minął nawet rok, a Mumfordzi już niecierpliwili się, by oddać w nasze ręce porcję nowych kompozycji. Te zebrane zostały pod szyldem “Prizefighter”. Zespół, który ponad dekadę temu wypełniał stadiony i dominował na listach bestsellerów, dziś działa z innej pozycji – bez masowej euforii, za to z wyraźną potrzebą ponownego zdefiniowania relacji z publicznością i odbudowania zaufania słuchaczy.

W oczy od razu podczas przeglądania tracklisty wydawnictwa rzuca się pokaźna lista gościnnych występów. Marcus Mumford jeszcze nigdy nie robił tak chętnie miejsca innym wykonawcom. W otwierającym projekt nagraniu “Here” grupa przejmuje stylistykę country od Chrisa Stapletona. Folk rockowe “Rubber Band Man” powstało we współpracy z Hozierem, którego mocny wokal nadaje całej piosence charakteru. Co ciekawe za jej tekst odpowiada Brandi Carlile, która w 2022 roku wraz z Marcusem nagrała piękny utwór “How”. W rytmicznym, wzbogaconym kilkoma mocniejszymi uderzeniami w perkusyjne talerze “Icarus” błyszczy obdarzona oryginalnym głosem Gigi Perez. Inna wokalistka, przeżywająca w ubiegłym roku swoje pięć minut Gracie Abrams, stała się wokalnym partnerem Marcusa w piano balladzie “Badlands”. Tu z kolei tekst wyszedł spod ręki Justina Vernona (Bon Iver), który za chórki odpowiada w stawiającym na prostotę “Prizefighter”. Finneas – tak, ten od Billie Eilish – pomagał przy folkowym “Run Together”, którego końcówka kojarzy mi się z początkami Mumfordów. Także i “The Banjo Song” brzmi jak powrót do korzeni i coś, co wypaść mogło podczas kompletowania “Sigh No More”. Ach, wspomnienia.

Najlepszymi momentami są jednak “Conversation with My Son (Gangsters & Angels)” oraz “Clover”. Pierwsza z propozycji stawia na delikatne melodie i podnioślejsze zakończenie. Druga zaś ma cudownie przyjemny kołysankowy ton. Do spokojnych momentów płyty należą także pełne miękkich akustycznych dźwięków “Alleycat” oraz melancholijne “I’ll Tell You Everything”. Dość powolne tempo albumu rozbudzają “Begin Again”, “Stay” oraz “Shadow of a Man”, które – choć chwilami dynamiczne – są raczej kompozycjami przeciętnymi.

Niezależnie od tego, jak dziś oceniane jest “Sigh No More”, dla mnie to wciąż jedna z najmocniejszych debiutanckich płyt XXI wieku. I może właśnie dlatego każda kolejna premiera Mumford & Sons siłą rzeczy zderza się z tamtym wspomnieniem. Trudno słuchać nowych piosenek bez powracających myśli o emocjach, które towarzyszyły odkrywaniu tamtego wydawnictwa. “Prizefighter”, choć wypełnione rozpoznawalnymi nazwiskami i dopracowane produkcyjnie (dzieło Aarona Dessnera), ostatecznie okazuje się zaskakująco mało wyraziste. To album poprawny, ale niezbyt porywający. Być może jednak to płyta na miarę swoich czasów – stonowana, zachowawcza, pozbawiona euforii. I choć można docenić tę powściągliwość, trudno oprzeć się wrażeniu, iż gdzieś po drodze zniknęła iskra, która kiedyś rozpalała wszystko dookoła.

Warto: CloverConversation with My Son (Gangsters & Angels)

________________

Sigh No More ♣ Babel Wilder Mind ♣ Rushmere

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *