Polski girlsband Lor wraca z pierwszą od 2024 roku płytą wyciągając z szuflady zeszyt pełen dawnych emocji i sentymentów, którego koncept na początku XXI wieku bił rekordy popularności (u mnie znany jako złote myśli, dziewczyny prezentują go jako pele-mele). To gest w stronę przeszłości, ale też sprawdzian – czy nostalgia to tylko bezpieczna przystań, czy realna wartość, którą można jeszcze twórczo przetworzyć? Sięgając po album “Pele-mele” czuję się trochę tak, jakby Lor prosiły mnie o wpis do ich własnego notesu, a jednym z zawartych w nim pytań jest to, co sądzę o ich premierowych nagraniach.
Jeśli patrzyliście na kolorową okładkę albumu i spodziewaliście się piosenek łatwych, lekkich i przyjemnych, otwierająca płytę kompozycja “Na oścież” wyprowadza z błędu. To ściskający za gardło wstęp o dorosłym życiu i zmęczeniu nim. Prostszymi numerami są następujące po niej popowe, oparte na nieskomplikowanym bicie “Wszystko jedno, wszystko źle”; folkowo-popowe “Najgorsze restauracje”; pełne syntezatorowej pulsacji, puszczające oczko do lat 80. “Jet leg” (propozycja dla tych, dla których lotnisko jest drugim domem) czy w końcu gitarowy, nostalgiczny pop ukryty pod szyldem “Mario” pełen wspomnień o drobnych, codziennych rzeczach związanych z pewną osobą. Nietypową piosenką jest popowo-elektroniczne, jasne “co-star”, w której zaskakuje podejście do refrenu, a której końcówka z pewnością nada się na koncerty. Pop w swojej rozmarzonej wersji występuje w “Obcy (1979)”, podczas gdy “mp3” jest nowoczesną, balladową produkcją. Najlepsze Lor zostawiają jednak na koniec. Refleksyjny, traktujący o stereotypach wobec mężczyzn numer “Twój tata nie płakał” zostawia po sobie sporo emocji. Podobnie jak nastrojowy duet z Królem, “Jak wtedy”. W tym utworze jest coś magicznego, a jego harmonijny, chóralny refren to mój ulubiony moment albumu. Zachwycają i “Płuca” – pełna uroku, kołysząca kompozycja.
Krążek “Pele-mele” tylko potwierdza, że Lor są dziś jednym z najbardziej płodnych zespołów na polskiej scenie. To już trzecia płyta od 2023 roku. I kolejna w całości po polsku. Ten album trafia do mnie szybciej niż “Żony Hollywood”. Może dlatego, że dostaję tu coś bardziej miękkiego i znajomego. W wielu piosenkach pobrzmiewa nostalgia – za pierwszymi mp3, za popem z początku wieku, za drobnymi wspomnieniami, które jeszcze niedawno były codziennością. Jest w tym coś paradoksalnego, bo przecież dziewczyny z Lor wciąż są bardzo młode. A jednak z dużą swobodą wpisują się w coraz silniejszy trend wracania do niedalekiej przeszłości. Robią to ze swoją popowo-folkową wrażliwością w fajnym stylu.
Warto: Jak wtedy & Płuca & Na oścież
__________