#104, 105, 106 Nelly Furtado “Whoa, Nelly!” (2000) & Jennifer Lopez “This Is Me… Then” (2002) & Nicole Scherzinger “Killer Love” (2011)

“Whoa, Nelly” to pierwszy album wokalistki, której teraz przedstawiać nikomu nie trzeba. Już od pierwszych sekund słychać, że to JEJ krążek. Przede wszystkim wokalistka jest autentyczna, nikogo nie udaje. Wiele tekstów napisała samodzielnie. Jest również główną producentką płyty. Mo że wydać się to dziwne, ale album doskonale opisuje sama okładka. Widzimy na niej wokalistkę lezącą na trawie, nie muszącą się nigdzie śpieszyć, cieszącą się chwilą. “Whoa, Nelly” to całkiem radosny, słoneczny krążek. Może i Nelly nie ma idealnego głosu, ale posiada z pewnością ciekawą barwę. Szczególnie słychać to na dwóch pierwszych płytach. Mi trochę zajęło, zanim ostatecznie polubiłam jej wokal. Artystka serwuje nam porcję piosenek zawierających w sobie pop, trip hop (“My Love Grows Deeper”), nieco elektroniki połączonej z hip hopem (“Trynna Find a Way”), r&b (“Party”) oraz jak przystało na osobę o portugalskich korzeniach pojawiają się dźwięki latino (“Onde Estas”). Moim faworytem jest utwór “Turn Off The Light”. Chociaż może bridge tego utwory nie za bardzo mnie przekonuje, tak zwrotki i refren są w porządku. Lubię również “Shit On The Radio (Remember The Days)”. Gratuluję Nelly, zostałaś jasnowidzem. Po ponad 10 latach od wydania tego krążka, to co słyszymy teraz w radiu, to w większości zwykłe g*wno. Jednak po głębszej analizie tekstu widzimy, że Furtado obraża sama siebie: You liked me till’ you heard my shit on the radio (PL: lubiłeś mnie dopóki nie usłyszałeś mojego gówna na antenie). Nieco mniej podoba mi się singiel “I’m Like a Bird”. Nelly otrzymała za niego nagrodę Grammy. Utwór jest bardzo lekki, wiosenny. Nelly śpiewa m.in. I’m like a bird, I only fly away I don’t know where my soul is I don’t know where my home is(PL: Jestem jak ptak, będę tylko latać w dal Nie wiem gdzie jest moja dusza, nie wiem gdzie jest mój dom). Jeśli miałabym wybierać jeszcze jakieś piosenki, które bardzo lubię, wskazałabym na balladę “Scared of You”. Mimo, iż jest długa (6 minut), nie zauważa się tego. Nie polubiłam natomiast ballady “Onde Estas” oraz rozlazłej piosenki “Party”. Podsumowując, “Whoa, Nelly” to całkiem dobry album. Jeśli znacie i kochacie jej “Loose” może wam się nie spodobać, ale i tak zachęcam.

“This Is Me…Then” to trzecia płyta aktorki, piosenkarki Jennifer Lopez. Po debiutanckim, całkiem niezłym “On The 6” i tanecznym “J.Lo” można powiedzieć, że jest to jej chyba najmniej komercyjny album. Sporo tu spokojnych piosenek. “The One”, “Dear Ben”, “Again” nie polepszą mojego zdania o tej płycie, które – szczerze mówiąc – najlepsze nie jest. Większość utworów jest jakaś taka nijaka. Znikają gdzieś pomiędzy szybszymi piosenkami typu “Jenny From The Block” czy “I’m Glad”. Najmocniejszą stroną wielu kawałków jet sama muzyka. Uwielbiam chociażby instrumentalny początek piosenki “Again”. Delikatne dźwięki pianina działają niezwykle kojąco. Aż szkoda się robi, gdy zaczyna się śpiew Jennifer. A to właśnie on jest chyba największą porażką na tym albumie. Ok, głosy zmienić się nie da. Jednak na “On The 6” czy singlach z “J.Lo” (całości jeszcze nie znam) wypadła duże lepiej. Rozumiem, że chciała dać fanom mniej komercyjny materiał, postawiła na soul i r&b, ale piosenki są po prostu nudne. Moim numerem jeden z “This Is Me…Then” jest be wątpienia najbardziej hip hopowy utwór – “Jenny From The Block”. Była to pierwsza piosenka Jennifer, którą poznałam. Bardzo często można było usłyszeć ją w radiu. Jak byłam młodsza zawsze zastanawiałam się, dlaczego ona śpiewa o jakimś chomiku ;P (“I’m still I’m still” rozumiałam jako “hamster hamster”). Całkiem lubię tekst do tej piosenki. Jennifer przekonuje w nim, że mimo popularności, jaką zdobyła nadal jest tą samą “Jenny from the block”: Don’t be fooled by the rocks that I got I’m still, I’m still Jenny from the block Used to have a little, now I have a lot No matter where I go, I know where I came from(PL: Nie daj się omamić kasą, którą mam Jestem nadal…nadal Jenny z sąsiedztwa Miałam mało, teraz mam dużo Nieważne gdzie pójdę, wiem skąd pochodzę). Jennifer się nie postarała. Zdecydowanie wole jej debiut.


Brawo, Nicole. Tyle razy próbowałaś aż ci się udało. Wydałaś wreszcie swój solowy krążek. Zresztą ma już tyle piosenek, że obsadzi nimi jeszcze co najmniej dwa albumy. Solowe piosenki Nicole do sieci wyciekały od 2007 roku, kiedy to miał zostać wydany “Her Name Is Nicole”. Wypuściła nawet dwa single: “Baby Love” i świetne “Whatever U Like”. Byłam ciekawa, czy któreś z pozostałych utworów znalazły się na “Killer Love”. Cóż, pod tym względem mnie Niki zawiodła. Nie ma tu m.in. “Punchin”, “Save Me From Myself” czy chociażby “Supervillain”. Otrzymujemy natomiast zestaw popowych i tanecznych piosenek. Już sam sukces “Poison” czy “Don’t Hold Your Breath” pokazuje, że Nicole polubiła szersza publika. Ale teraz ja ją dopadłam ;P Zaczyna się naprawdę dobrze. Najpierw mamy singlowe “Poision” a potem szybki, energiczny utwór “Killer Love”, który od razu podbił moje serce. Pierwszy zgrzyt ‘zarejestrowałam’ w trakcie słuchania pogodnej ballady (tak wnioskuję z muzyki) pt. “You Will Be Loved”. O ile zwrotki brzmią całkiem fajnie, tak refren wszystko burzy. Dalej jest jeszcze gorzej. A to za sprawą zawierającego w sobie elementy techno numeru “Wet”. Chociaż przyznam, że perkusja w tej piosence jest ok. Mam wrażenie, że od numery 5 album wkracza w zdecydowanie najgorszą fazę. Kolejne piosenki (“Say Yes” i “Club Banger Nation”) są wręcz okropne. Może to nawet i lepiej, bo po takiej dawce kiepskich kawałków duet ze Stingiem (“Power’s Out”) traktuję jako zbawienie. Na szczęście dalej nie ma już piosenek, którym nadałabym miano najgorszych. Zrobiło się bardziej balladowo. O ile “Everybody” czy “Casualty” są podszyte elektrycznymi bitami, tak “Desperate” i “AmenJena” są spokojne i, hmmm, całkiem niezłe. Szczególnie “AmenJena”. Może jest trochę za długa (trwa ponad 5 minut), ale Nicole brzmi w niej świetnie. Nie rozumiem tylko umieszczenia tu remixu duetu z Enrique Iglesiasem pt. “Hearbeat”. Zapychacz? Na solowy album Scherzinger czekałam od 2007 roku. “Killer Love” podoba mi się pół na pół. Mogła z pewnością wybrać lepsze utwory, ale na szczęście da się tego słuchać.

#99, 100 Lady Gaga “Born This Way” & Jennifer Lopez “Love?” (2011)

Album jest skończony i jest naprawdę rewelacyjny. Daję wam słowo, będzie to najlepszy album dekady” – tak GaGa określiła swój album. Ja bym go raczej określiła ‘najlepszy album maja 2011’. Albo chociaż wiosny, bo głośno zapowiadane “Femme Fatale” Britney Spears marnie przy nim wygląda. Debiutancki album GaGi pt. “The Fame” był bardzo taneczny i nieco kiczowaty. A jednak spodobał się ludziom. Powtórzenie takiego wyniku będzie trudne, ale nie niemożliwe. Wytwórnia GaGi wie, co robić, by sprzedać artystę. Przyznam, że bałam się tej płyty. Ujawnione przez Lady GaGę piosenki tylko wpędzały mnie w depresję. Nie chciałam być nazywana “gagofobem” xD Jednak po dokładnym zapoznaniu się z tym krążkiem (tzn. przesłuchaniem go ok. 6 razy) patrzę na nowe ‘dziecko’ GaGi znacznie przychylniej niż na jej debiut. Przede wszystkim nie jest to tylko głupkowaty dance. W niektórych piosenkach (“Bad Kids”) pojawiają się śladowe elementy rocka. Oryginalność tej płyty kończy się na okładce. Chociaż nawet i ona oparta jest na cudzym pomyśle (tj. pół-człowiek, pół-motor – niczym pół-człowiek a pół-robot na okładce “Bionic” Aguilery). Płytę otwiera “Marry The Night”. Początek jest super, jednak całość psuje pojawiający się po 30 sekundach dyskotekowy bit. Kolejne jest “Born This Way” czyli “Express Yourself 2.0”. Przyznam, że nie cierpię tej piosenki. Jest taka nijaka. Nie najlepszy początek rekompensują mi trzy kolejne numery. “Gevornment Hooker” i “Americano” to chyba jedne z jej najlepszych piosenek. Szczególnie ta druga – jak na GaGę – oryginalna. Równie fajne jest “Judas”. Szczególnie zwrotki. Refrenu nie trawię. Poza tym bridge “Judas” przypomina mi fragment “Scheiße”. A jak już jestem przy tej piosence – GaGa odwaliła za mnie robotę i sama ją oceniła ;P (Scheiße – g*wno). Nie potrafię jednak tego techno-utworu dać do najgorszych. Podoba mi się w nim to, że GaGa sięgnęła po język niemiecki. Zazwyczaj było na odwrót – Niemcy nagrywali po angielsku. Nawet się nie dziwię. Niemiecki nie jest tak ‘plastyczny’ jak angielski (zasady!) no i ten akcent. Wiele osób mówi, że zwykłe ‘wesołych świąt’ (Frohen Weihnachten) brzmi dla nich jak rozkaz rozstrzelania. Mimo wszystko dziękuję Lady za nagranie czegoś po niemiecku <3 nawet z błędami. Bardzo lubię “Bloody Mary”. Świetna, elektryczna piosenka. Całkiem podoba mi się “Electric Chapel”. Mam jednak wrażenie, że niektóre piosenki zostały wrzucone na płytę w formie ‘zapychacza’. Chodzi mi tu m.in. o nijakie “Hair”, tragiczne “Highway Unicorn”, niezauważalne “Heavy Metal Lover”. Te piosenki hitami się nie staną. Gadze można zarzucić też to, że nagrywa według sprawdzonej metody. Do “Poker Face” podobne jest “Highway Unicorn”, do “Bad Romance” z kolei “Judas”. GaGa czerpie też inspiracje z muzyki lat 80. i 90. To sprawia, że nieco starsi słuchacze mogą przeżywać deja vu. Ogólnie jednak GaGa zaskoczyła mnie pozytywnie. Jest tu kilka piosenek, do których będę często wracać. Innych natomiast już nigdy nie tknę.

W otwierającym album kawałku “On The Floor” Jennifer nuci “It’s a new generation” (PL: To nowe pokolenie). Po zapoznaniu się ze wszystkimi utworami nie mogłam uwierzyć, że to ta sama Jennifer. Ta sama, która podbiła moje serce hip hopowym “Jenny From The Block” czy kołyszącym “If You Had My Love”. Ale sentymenty odkładam już na bok. Brawa należą się jej za samo wydanie tej płyty. Po komercyjnej klapie “Brave” i “Como Ama Una Mujer” wyrzucili ją z wytwórni. Zdecydowanie brakowało jej hitu na miarę “Let’s Get Loud” czy chociażby “Love Don’t Cost a Thing”. A teraz proszę – czary mary i jej nowy singiel (“On The Floor”) rządzi na listach przebojów. Jennifer przypomniała o sobie szerszej publiczności i wszystko powinno być w porządku. A nie jest. Jej nowy album pt. “Love?” pozostawia wiele do życzenia. Lopez nagrała po prostu to, co teraz najłatwiej ludziom wchodzi. Czyli mamy tu do czynienia z utworami dance pop. Nie wszystkie taneczne piosenki skazuję na potępienie, żeby nie było. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam singlowe “On The Floor”, strasznie mi się nie spodobało. Jakiś czas potem, gdy byłam atakowana ze wszystkich stron przez ten utwór, polubiłam go. Szczególnie podoba mi się wykorzystanie “Lambady”. Ten stary numer zawsze wydawał mi się kiczowaty. W wykonaniu Jennifer całkiem go lubię. Doceniłam również “I’m Into You” z Lil’ Waynem. Najbardziej pasuje mi do Jennifer. Zainteresowanie krążkiem zwiększyło się, gdy GaGa ogłosiła, że odpowiada za produkcję dwóch piosenek. Jeśli jednak spodziewacie się czegoś chociażby na miarę “Bad Romance” zawiedziecie się. Dla mnie “Invading My Mind” i “Hypnotico” są raczej odrzutami z “The Fame”. Ale jeśli mam między nimi wybierać, stawiam na “Hypnotico”. Jest bardziej oryginalna. Na “Love?” znajdziemy też dwa spokojniejsze utwory. Jednak “Until It Beats No More”, mimo obiecującego początku, nie podoba mi się. Nieco przychylniej patrzę na “Starting Over”. Jednak też szału nie ma. Tytułem płyty Jennifer pyta nas, czy ją kochamy, czy będzie miłość między nami (słuchaczami) a nią. Po przesłuchaniu mogę stwierdzić, że nici z miłości.

#71, 72, 73 Jennifer Lopez “On the 6” (1999) & Paramore “Riot!” (2007) & Shakira “Laundry Service” (2001)

“On The 6” jest debiutanckim albumem początkującej (wówczas) aktorki Jennifer Lopez. Tytuł płyty nawiązuje do jej młodości. Tytułowa 6 to numer linii metra, którą J.Lo podróżowała z Bronxu do Manhattanu. Spodziewałabym się nawiązań do muzyki hip hop, ale jej namiastkę znajdziemy tylko w “Feelin’ So Good”. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony numer na tej płycie. Wkurza mnie przewijający się ten sam taneczny bit. Cały album można podzielić na dwie części. Z jednej strony Jennifer porywa nas do tańca za pomocą takich hitów jak singlowy “If You Had My Love”, zawierający w sobie wpływy r&b; równie fajnym “Open Off My Love” czy dyskotekowym “Una Noche Mas”. Z drugiej strony częstuje nas balladami. Moją ulubioną jest “Should’ ve Never”. Delikatny wokal Jennifer i dźwięki gitary stwarzają wspaniały klimat. Nawet nie przeszkadza mi w niej to, że trwa ponad 6 minut. Inne ballady z tego krążka nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak wcześniej wspomniana. “Promise Me You’ll Try” najzwyklej na świecie znika w tłumie innych utworów, “Talk About Us” ma dobry refren, cover piosenki Diany Ross pt. “Theme from Mahogany (Do You Know Where You’re Going To) brzmi nie najgorzej, “Could This Be Love”jest subtelnym utworem. Jennifer wielokrotnie podkreśla swoje latynoskie korzenie, mimo iż niewiele piosenek na “On The 6” śpiewanych jest po hiszpańsku. Jednak wyczuwa się tego ‘latynoskiego ducha’. Ciekawym pomysłem jest umieszczenie na płycie dwóch rożnych wersji duetu J.Lo z Marcem Anthonym pt. “No Me Ames”. Swoją drogą, ciekawe czy Jennifer już wtedy przeczuwała, że zostanie żoną Marca. Wróćmy jednak do piosenki. Bardziej przypadła mi do gustu balladowa wersja. Tropikalny remix utworu, choć hawajskie dźwięki są super ;), nie zdał testu. Wokale J.lo i Anthony’ego po prostu nie pasują do tanecznej wersji. Uważam jednak, że jako całość “On The 6” prezentuje się dobrze.

Jak już pisałam w recenzji “Brand New Eyes”nie mogę uwierzyć, że o tym zespole stało się głośno dopiero na moment przed wydaniem trzeciego krążka. Ten – “Riot!” – bardziej mi się podoba. Jest to niezbyt komercyjna płyta, pełna rockowego, pop punkowego grania. Nie bez przyczyny album nosi tytuł “Riot!” (PL: bunt). Hayley buntuje się przeciw słodkim, popowym pioseneczkom. Nie wyobrażam jej sobie w tanecznych numerach. Takowych tu nie znajdziemy ale nie znaczy to, że mamy do czynienia z jakąś smętną płytą. Sporo tu piosenek o niezwykłej mocy. “Misery Business”, “Crushcrushcrush” czy “Fences” od zawsze mi się podobały. Do spokojniejszych, ale wciąż okraszonych gitarowym graniem, numerów można zaliczyć “When It Rains” oraz “We Are Broken”. Mi do gustu bardziej przypadł…no właśnie, oba są warte uwagi. “When It Rains” ma niesamowity początek. “We Are Broken” zaczarował mnie zwrotkami. Z piosenek zawartych na “Riot!” nie przekujuje mnie “That’s What You Get” oraz “For a Pessimist I’m Pretty Optimistic”. Warto wspomnieć jeszcze o “Born For This”, gdzie występuje naprawdę dobry hmm, chórek? Tak, tak to nazwę. I jeszcze słówko na koniec. Piosenki nie zapadają szybko w pamięć, trzeba przesłuchać album kilka razy by zacząć kojarzyć, ale słuchanie go to przyjemność.


“Laundry Service” był pierwszym anglojęzycznym albumem Shakiry. Kiedyś z pewnością nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Jednak w zeszłym roku, dzięki “Waka waka” przekonałam się do Shakiry. I dobrze zrobiłam. Z tej płyty kojarzyłam tylko single. Jednak zakup “Laundry Service” był dobrą decyzją.  Shakira nie zawodzi. Udowadnia, że ma naprawdę dobry głos, chociaż przyznam, że w kompozycjach takich jak “Rules” czy “Ready For The Good Times” zdarza jej się wydać z siebie dość koszmarne dźwięki. Od Shakiry dostajemy sporą dawkę energetycznych utworów, przy których nogi same rwą się do tańca. Nie są to jednak płytkie numery. Memy tu “Objection (Tango)”, który zawiera w sobie wpływy muzyki latino, nieco dyskotekowe “Ready For The Good Times” czy w końcu hit “Whenever Whenever”. Ten ostatni utwór przekonał mnie do siebie w hiszpańskojęzycznej wersji, którą również znajdziemy na krążku (“Suerte”). Jednak najlepiej Shakirze wychodzą piosenki łączące w sobie pop rock (“The One”), soft rock (“Underneath Your Clothes”) oraz rock en español (“Te Dejo Madrit”, “Que Me Quades Tú”). To właśnie odróżnia Shakirę od wielu innych latynoskich artystów. Na pewno nie można postawić jej obok Ricky’ego Martina czy Jennifer Lopez. Shakira ma pazur. Najwieksze wrażenie na “Laundry Service” zrobiła na mnie wspomniana wcześniej soft rockowa, nieco nietypowa ballada “Underneath Your Clothes”. Uwielbiam moment, gdy Shakira śpiewa You’re a song Written by the hands of god (PL: Jesteś piosenką pisaną rękami Boga). Strasznie podoba mi się “Eyes Like Yours”. Szalona, szybka kompozycja z ciekawym chórkiem. Co tu jeszcze dodać? Powoli zapoznaję się z dyskografią Shakiry. Wiele osób mi mówiło, że ten album jest znacznie gorszy od poprzedników. Na mnie zrobił dobre wrażenie i z pewnością często do niego wrócę.