#885 Anna Calvi “Anna Calvi” (2011)

Wchodząc mniej lub bardziej w biografie różnych wykonawców nietrudno natknąć się na wyznania, iż muzyka i śpiew towarzyszyły im od najmłodszych lat. Nie inaczej było w przypadku brytyjskiej wokalistki i instrumentalistki Anny Calvi, która dorastała słuchając m.in. The Rolling Stones, Jimiego Hendrixa i Debussy’ego. Grę na gitarze opanowała do perfekcji, lecz przez długi czas miała problem ze śpiewaniem. Do tego stopnia nie lubiła swojego głosu, że przełamała się dopiero niecałe dziesięć lat temu. I całe szczęście, bo świat zyskał nieszablonową, intrygującą artystkę.

Na talencie Anny Calvi jako pierwszy poznał się brytyjski muzyk Bill Ryder-Jones (jego gitarę usłyszeć można m.in. w kilku kompozycjach The Last Shadow Puppets), który przekonał Domino Records do podpisania kontraktu z niepewną swych umiejętności artystką. Potem poszło z górki. Calvi zachwyciła legendarnego Briana Eno, pojechała w trasę z  Arctic Monkeys i Grinderman (poboczny projekt Nicka Cave’a) a do produkcji debiutanckiego albumu zwerbowała Roba Ellisa, który był bliskim współpracownikiem PJ Harvey.

Twórczość Anny Calvi ciężko sklasyfikować. Zbyt ciężka jak na indie pop. Za łagodna jak na rockowe standardy piękna. Barokowa, ale bardziej ułożona w przeciwieństwie do tego, co prezentowała nam w podobnym czasie grupa Florence Welch, do której za sprawą nieprzesadnie przyjemnego, ale charakterystycznego wokalu Anna bywała porównywana. Próbowano także reklamować Calvi jako odpowiedź na PJ Harvey, ale dla mnie to kolejny strzał kulą w płot. Polly Jean nigdy nie śpiewała tak, jakby scenę zamieniła na teatralne deski. Bo tej ciężkiej, teatralnej atmosfery w muzyce debiutującej w 2011 roku wokalistki jest bardzo wiele.

Nie mogłam zacząć inaczej jak od piosenki “Suzanne and I”. To melodyjny, ostrzejszy utwór o optymistycznym wydźwięku. Podmiot liryczny wprawdzie rozstaje się z tytułową Zuzanną, lecz wie, że los wkrótce znów ich połączy. Do głośniejszych, koncertowych momentów “Anna Calvi” należą także takie nagrania jak traktujące o samotności, bazujące na konkretnej grze bębnów “Desire”; podbite lekką dramaturgią “Blackout” oraz rewelacyjne, łączące rozedrgane zwrotki, urokliwe pre-chorus i nagły zryw w postaci samego refrenu “I’ll Be Your Man”.

Z pozostałych kompozycji niezmiennie największe wrażenie robi na mnie eleganckie “No More Words”, w którym Brytyjka balansuje na granicy śpiewu i zmysłowego szeptu. Nie mniej lubię jej wykonanie “First We Kiss”. Anna proponuje nam w tym utworze coś na kształt vocal jazzu (wstęp!), by później nabrać mocy i odpowiednio towarzyszyć patetycznemu refrenowi. Oszczędniejszą formę przyjmują po prostu piękne “Morning Light” i “The Devil”. Wszystkie te nagrania prowadzą słuchacza do wielkiego finału. “Love Won’t Be Leaving” to wspaniały popis nie tylko instrumentalnych, ale i wokalnych umiejętności Calvi. A do tego nawiedzona piosenka, która – mimo romantycznej strony lirycznej – potrafi wprowadzić w niepokojący klimat.

Anna Calvi uchodzić może za kobietę chłodną, zdystansowaną i uwodzicielską. I ja tak o niej myślałam, gdy przed laty nawiązywałam dość luźną znajomość z jej debiutanckim wydawnictwem. Im bardziej jednak wsłuchiwałam się w te utwory, tym więcej dostrzegałam w nich uczuć, niepewności, zaniepokojenia. “Anna Calvi” nie jest więc albumem “na raz”. Warto poświęcić mu więcej czasu, by dokopać się do każdego, choćby najbardziej ukrytego dźwięku, oraz poczuć te same emocje, które w poszczególnych punktach płyty starała się przekazać nam Brytyjka. Artystka zaserwowała nam bardzo klimatyczny, duszny i mroczny debiut. Szukacie soundtracku na jesienne wieczory? Oto on.

Warto: I’ll Be Your Man & No More Words & Love Won’t Be Leaving

3 odpowiedzi do “#885 Anna Calvi “Anna Calvi” (2011)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *