#1127 Róisín Murphy “Róisín Machine” (2020)

Kiedy kariery innych wykonawców dzielimy na ‘ery’, z których każda symbolizuje ich nowy album, w przypadku irlandzkiej wokalistki Róisín Murphy spokojnie można mówić o epokach, które przeciągają się na kilka wydawnictw. Najpierw trwająca dekadę kariera w duecie Moloko. Następnie dwa mniej lub bardziej rozrywkowe solowe płyty. A po kilku latach powrót z mało przebojowymi, eksperymentalnymi krążkami, do których trzeba mieć sporo cierpliwości. “Róisín Machine” jest nowym otwarciem.

Cóż to za paradoks – w roku, w którym sobie nie potańczymy, ukazują się mogące trafić do szerszego grona odbiorców wydawnictwa, których zadaniem jest wyciągnięcie nas na parkiety. Odczytywanie disco stało się nowym hobby popowych wokalistek. Zrobiły to już m.in. Dua Lipa i Jessie Ware, a za chwilę do walki o koronę stanie Kylie Minogue. Tymczasem sporą niespodziankę sprawiła Róisín, która romansie z minimalistycznym, dość trudnym elektronicznym graniem postanowiła przygotować coś lżejszego, ale niebanalnego.

I feel my story’s still untold/But I’ll make my own happy ending przemawia do nas artystka na początku openera “Simulation”. Filmowy, smyczkowy wydźwięk kompozycji przeistacza się po minucie w syntetyczne, elektro-klubowe granie wzbogacone zdehumanizowanymi wokalami Murphy. Szczerze mówiąc to jeden z tych utworów, w których mniejszą uwagę zwraca się na słowa, z łatwością dając się zahipnotyzować melodii. Słabsze wrażenie robi następujące po nim flirtujące z darkwave “Kingdom of Ends”. Zauroczyło mnie za to “Something More” – jest spokojniej i bardziej chillująco, a śpiew Irlandki ma w sobie więcej duszy.

Niezmiennie od zeszłego roku jestem fanką miksującego house z nu disco “Incapable”, w którym ciągle intryguje obojętność w głosie Murphy śpiewającej o tym, że prawdopodobnie nie jest zdolna do pokochania kogoś. Uwielbiam także energiczne “We Got Together” o szorstkich, przyjemnie uwierających bitach. Równie świetnie wypada wprowadzające w trans, choć zróżnicowane “Narcissus” oraz czekająca na końcu płyty petarda postaci “Jealous”.

Lubię jej pierwsze płyty i potrafię docenić “Hairless Toys”. Przy przesłuchiwaniu “Take Her Up to Monto” momentami wysiadałam, lecz dopiero “Róisín Machine” jest tym albumem irlandzkiej wokalistki, o którym mogę powiedzieć, że to jest to. To, na co czekałam. To, co mnie do siebie przyciąga. To, co podoba mi się od pierwszej do ostatniej sekundy. Murphy stworzyła płytę, która w całości, bez zbędnego przeskakiwania między nagraniami, zasługuje na miano idealnego imprezowego soundtracku. Jest przebojowo, a wiele punktów albumu szybko wpada w ucho, lecz jednocześnie całości nie brakuje głębi. Nowa Róisín to maszyna do wprawiania naszych nóg w ruch. Byle za szybko nie zardzewiała.

Warto: Incapable & We Got Together

2 Replies to “#1127 Róisín Murphy “Róisín Machine” (2020)”

  1. Cieszę się, że mamy podobne zdanie 🙂 Poza tym “We Got Together” to chyba mój ulubiony kawałek, ale tak naprawdę cała płyta jest mocna i niczego nie chce mi się tu przeskakiwać. A “Kingdom of Ends” to sprawa do osłuchania, bo ten utwór jest w tym konkretnym miejscu celowo i pozwala się odkryć po odrobinie uważnej cierpliwości. Podsumowując, bo się rozpisałem, Roisin Machine to płyta długodystansowa, do spokojnego odkrywania. Zwolenników ostatniej Duy Lipy nie powali za pierwszym razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *