#1089 Jessie Ware “What’s Your Pleasure?” (2020)

W 2020 roku dwie popularne wokalistki – Lady Gaga i Dua Lipa – za cel obrały sobie wyciągnięcie nas na parkiet. Zamiast jednak wymyślać taneczne brzmienia na nowo, one  całymi garściami zaczęły czerpać z tego, co już było. I być może w grudniu moglibyśmy mówić o dwóch – mniej lub bardziej – interesujących  imprezowych albumach, gdyby do gry nie wkroczyła Jessie Ware. Brytyjska wokalistka zostawia konkurencję w tyle.

O mały włos a tej płyty by nie było. Ware, zawiedziona komercyjnym wynikiem swojego poprzedniego albumu zatytułowanego “Glasshouse”, myślała nad wycofaniem się z rynku. Osadzone w klimacie kobiecego, szlachetnego popu wydawnictwo o macierzyństwie i małżeństwie nie powtórzyło sukcesów “Devotion” czy “Tough Love”, co delikatnie podłamało wiarę Jessie w umiejętności. “What’s Your Pleasure?” jest więc nowym otwarciem i świeżym startem. Nawet jeśli to nie pierwszy raz, kiedy Brytyjka chce zostać dancing queen.

Chyba tylko najwierniejsi fani artystki pamiętają, że zanim przeistoczyła się w elektro-soulową divę (ze świetnym skutkiem; “Devotion” to wciąż moje ulubione dzieło Ware), udzielała się gościnnie w house’owych, UK garage’owych czy elektronicznych produkcjach SBTRKT i RackNRuin. “What’s Your Pleasure?” nie celuje jednak w brzmienia z undergroundowych miejscówek Londynu. Jessie chętniej gra na naszej nostalgicznej naturze, zabierając nas na intensywny spacer po latach 70., 80. i 90.

Na imprezę u boku Ware wkraczamy przy dźwiękach smyczkowego, filmowego “Spotlight”, w którym Brytyjka serwuje nam delikatne, nieśmiałe wokale, które potem bujają się na syntezatorowych, flirtujących z housem melodiach. Nieco bardziej zabawa rozkręca się w wyrazistszym, niezwykle rozgrzewającym nagraniu tytułowym, które brzmi jak kompozycja, za którą dałaby się pokroić Alison Goldfrapp. Pierwszą naprawdę rewelacyjną kompozycją jest synthpopowo-funkowe “Ooh La La”, za sprawą którego lądujemy na domówce na przełomie lat 70. i 80. Moimi pozostałymi ulubieńcami są takie tracki jak “Soul Control”, “In Your Eyes” oraz “Remember Where You Are”. Pierwszy z kawałków to oldskulowe disco o sporej lekkości. Gatunek ten w swoim mroczniejszym, nowocześniejszym i wolniejszym wydaniu pojawia się w rozmarzonym “In Your Eyes”. “Remember Where You Are” jest zaś zjawiskowym zamknięciem płyty, w którym wokalistka przypomniała sobie swoje soulowe lata. To także jedna z lepszych lirycznie kompozycji na “What’s Your Pleasure?”, w której pojawiają się podnoszące na duchu słowa when life is hard, that’s how it goes as your destiny unfolds, hold on.

Co jeszcze skrywa czwarty krążek Jessie? Bez wątpienia jedną z ciekawszych piosenek jest przywołujące czasy eurodisco “Save a Kiss”. Dobrze słucha się również utrzymanego w klimatach lat 70. “Step Into My Life”; melodyjnego, nocnego “Mirage (Don’t Stop)” czy wpadającego w ucho, płynącego na surowszych, ostrzejszych bitach “Read My Lips”. Album dopełniają balladowe kołyszące elektro postaci “Adore You” oraz rozmyte, pulsujące “The Kill”.

Naprawdę lubię poprzednie wydawnictwo Jessie Ware, lecz wracając do niego po latach pojawiają się w mojej głowie myśli, iż nieco było za słodko, trochę za infantylnie. “Glasshouse” wydaje mi się dziś być płytą, którą Brytyjka nagrała przede wszystkim dla siebie, na pamiątkę. Tymczasem “What’s Your Pleasure?”  jest albumem, które porwać może tłumy. To porcja przemyślanego, niebanalnego tanecznego grania o sporej porcji nostalgii. Kompozycje niepozbawione są typowej dla Ware elegancji, ale artystka chętnie pokazuje się z bardziej zmysłowej i nonszalanckiej strony. “What’s Your Pleasure?” to świetny album, którego słuchanie szybko mi się nie znudzi.

Warto: Ooh La La & In Your Eyes & Remember Where You Are

4 Replies to “#1089 Jessie Ware “What’s Your Pleasure?” (2020)”

  1. Właśnie słucham i jestem pod ogromnym wrażeniem. Może momentami trochę mi się utwory dłużą, ale podoba mi się klimat wydawnictwa. Dobrze, że Ware nie zrezygnowała z muzyki. 😉
    Pozdrawiam.

  2. Bardzo przyjemny album. Sporo piosenek z niego zostaje, albo odkrywa się jej później i jest to jeszcze lepsze. Taka płyta “nie na raz”, która odsłania swoje zalety powoli i wraz z rosnącym zaangażowaniem słuchacza.

    U mnie, zgodnie z obietnicą, piosenki prekursorki podobnych klimatów – Lisy Stansfield 🙂 Zapraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *