RECENZJA: Carly Rae Jepsen “The Loneliest Time” (2022) (#1352)

Dekadę temu jej singiel “Call Me Maybe” docierał do nas z każdego zakątka. Pochodząca z Kanady wokalistka Carly Rae Jepsen nie doczekała się już później utworu, który kojarzony byłby przez wszystkich, lecz poprawiła znacząco jakość swoich nagrań stając się ulubienicą tych, którzy na co dzień wolą trzymać się z dala od współczesnego popu. Czy płyta “The Loneliest Time” podtrzyma te sympatie?

Fascynuje mnie samotność, która powodować może skrajne, ludzkie uczucia i reakcje – tłumaczy wybór tytułu nowego albumu Jepsen. Stworzona podczas lockdownów płyta nie jest jednak krążkiem przesadnie ponurym czy zatapiającym się w negatywnych emocjach. Carly śpiewa nam nieraz o złamanych sercach czy poszukiwaniu miłości, lecz robi to jak zwykle w sposób bezbolesny, urokliwy i dziewczęcy.

Na “The Loneliest Time” szukałam przede wszystkim kompozycji, które mnie zaskoczą i udowodnią, że Carly nie ma ochoty stać w miejscu. Nietypowo brzmiał już pierwszy singiel – “Western Wind” – w którym Kanadyjka dance pop zamieniła na laid back pop muśnięty folkiem. W spokojniejsze tony uderza chłodna, gitarowa, piękna ballada “Go Find Yourself or Whatever” kojarząca mi się z utworami nagrywanymi na początku nowego tysiąclecia przez takie artystki jak Christina Aguilera, Jessica Simpson czy Mandy Moore. Świetnie brzmi i disco-musicalowy duet z Rufusem Wainwrightem “The Loneliest Time”, ambientowe, melancholijne “Bends”, oraz dance popowe “Beach House”, w którym w komediowy sposób wokalistka śpiewa o trudach randkowania. Anty-tinderowy hymn szybko wpadający w ucho.

Pozostałe utwory to Carly, jaką już znamy – począwszy od długo rozkręcającego się, wyposażonego w bombastyczny refren “Surrender My Heart” przez utrzymane w średnim tempie, kołyszące “Far Away” i “Sideways” po wzbogacane basem “Bad Thing Twice” i robotyczne “Shooting Star”. Jedynie “Joshua Tree” i “So Nice” niezbyt mnie do siebie przekonały. W pierwszej piosence, zawieszonej gdzieś między wychillowanym popem a dance, nie słyszę Jepsen, lecz Kylie Minogue. W “So Nice” infantylnie brzmią wplatane w tekst lalala, które jeszcze bardziej osładzają i tak wystarczająco landrynkowy numer.

Po inspirowanych synth popem lat 80. (“Emotion”) i erą disco (“Dedicated”) albumach Carly Rae Jepsen powróciła z krążkiem po prostu popowym, choć skrywającym pewne dźwiękowe smaczki, dzięki którym lektura tego wydawnictwa nie jest nużąca. A właśnie takie zarzuty stawiałam przed poprzednią płytą Kanadyjki. Tegoroczne kompozycje Carly są znacznie przyjemniejsze w odbiorze niż te z “Kiss” czy “Dedicated”, lecz brakuje im takiego błysku, którym obdarzone były nagrania z “Emotion”. Niemniej jednak Jepsen pozostaje jedną z niewielu popowych wokalistek debiutujących w drugiej dekadzie XXI wieku, których kolejne kroki wciąż chętnie będę obserwować.

Warto: Go Find Yourself or Whatever & Beach House

__________________

KissEmotion Emotion Side BDedicated Dedicated Side B

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *