
Brak wsparcia ze strony wytwórni oraz niemożność odnalezienia się w wymaganiach współczesnego przemysłu muzycznego sprawiły, że przed paroma laty amerykańska wokalistka Teyana Taylor ogłosiła, że chętnie przechodzi na emeryturę. Teraz już wiemy, że nic z jej planów na błogie lenistwo nie wyszło, gdyż na streamingi wjechał właśnie jej czwarty studyjny krążek, “Escape Room”.
Teyana od początku była postacią, która nie chciała cieszyć się jedynie z komercyjnych sukcesów, ale pragnęła, by o jej twórczości ciepło się mówiło. Chciała być rhythm’and’bluesową wizjonerką. Dlatego tak cierpiała, gdy trafiła na Kanye Westa i podporządkować mu się musiała nagrywając przełomowy dla siebie album “K.T.S.E” w 2018 roku. Dwa lata później już wiedziała, że wszystko ma być po jej myśli, czego efektem był projekt “The Album” – dla jednych megalomania, dla innych manifest jej siły i umiejętności. Płyta nie okazała się być sukcesem, a po jej premierze Taylor obraziła się na show biznes. Dziś daje mu kolejną szansę.
Wprawdzie dużo tracków umieściła Teyana na nowej płycie, lecz gdy uważniej się przyjrzymy, niemalże połowa z nich to przerywniki nagrane przez szereg aktorek i osobistości Hollywood. Odpowiadają za narrację umieszczoną w przerwach między utworami, nadając albumowi teatralny i filmowy charakter. Mnie jednak bardziej interesuje piosenkowa zawartość. A w niej znajdujemy podobnie okazałą listę gości. W rhythm’and’bluesowym, klasycznym “Hard Part” udziela się Lucky Daye. Melancholijne, wzbogacane smyczkami r&b wypełnia “Back to Life” (feat. Tasha Smith), przeobrażając się nagle w klubowy, ciemny numer. Napięciem przeładowane jest “All Of Your Heart” (feat. Taraji P. Henson) – nie znajduje ono jednak swojego ujścia i w żadnej chwili kompozycja nie wychodzi poza ciepłe, neo soulowe ramy będąc jedną z najlepiej i najbardziej emocjonalnie zaśpiewanych piosenek na albumie. Podobnie prostym, bazującym na grze gitary akustycznej momentem jest “Always”, w którym słyszymy córki artystki. Spore oczekiwania miałam w stosunku do kolaboracji z Kaytranadą i Jill Scott. Producent nadał nagraniu “Open Invite” elektronicznego, lekko rozmarzonego sznytu, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że “Escape Room” skrywa lepsze kawałki. Podoba mi się za to “Pum Pum Jump” o zmysłowym, gorącym rytmie i poetyckim spoken word Jill. Solowa Taylor zaskakuje delikatnym hiszpańskim motywem gitarowym w utworze “Fire Girl” i afrobeatowymi “Long Time” i “In Your Head”, podczas gdy reszta nagrań (na czele z “In Your Skin” czy “Shut Up”) balansuje na granicy balladowego r&b i soulu.
Album “Escape Room” Teyany Taylor udowadnia, iż artystka przejęła pełną kontrolę nad własną sztuką i to słychać w każdym detalu. Dzieje się tu równie dużo, co na “The Album” z 2020 roku, ale całość jest spójniejsza, ciekawsza i po prostu lepiej zaaranżowana. Taylor nie tylko śpiewa, ale też staje się reżyserką klimatu. Przygotowane przerywniki budują narrację, przez co słuchacz ma poczucie, iż uczestniczy w muzycznym spektaklu. Płyta przypomina tytułowy escape room – każdy utwór odkrywa kolejne drzwi, prowadzi w nowe emocje i stylistyki, zaskakując różnorodnością, a jednocześnie utrzymując spójną artystyczną wizję. To jeden z moich ulubionych czarnych krążków tego roku.
Warto: Pum Pum Jump & All Of Your Heart