Przed rokiem w ucho wpadła mi płyta “That Ain’t No Man That’s the Devil” amerykańskiej wokalistki Jessie Murph – uwagę skutecznie przyciągał charakterystyczny, oryginalny wokal jej autorki. Artystka stawiała na filmowe, często monumentalne produkcje, wplatając w to elementy country, folku, soulu czy retro popu. Był to solidny, szczery materiał, ale bardziej wyglądający mi na poszukiwanie własnego języka aniżeli artystyczny manifest siły i talentu. Dziś Jessie atakuje z kolejnym krążkiem, “Sex Hysteria”.
Tegorocznym krążkiem Murph chce zostawić po sobie wrażenie bycia wokalistką, która chce upodobnić się do kameleona i pokazać nam z różnych stron. Nowe, miejskie brzmienie Jessie definiują popowo-trapowe nagrania pokroju “Blue Strips”, “Donuts”, podniosłego “Sex Hysteria”, kiczowatego “Couldn’t Be Worse” oraz “Best Behavior” – najlepiej wypada gęsta produkcja ostatniej z propozycji wzbogacana dodatkowo rapową wstawką Lil Baby. Swoje zainteresowanie muzyką r&b i soul Amerykanka przemyca w nocnym “A Little Too Drunk”; soulowym, posiadającym mocny, pełen filmowej dramaturgii refren “Bad As the Rest” czy nowoczesnym, zmysłowym “I Like How I Look” o rozmytych syntezatorach i równie momentami niewyraźnych wokalach. Jest w tym jednak coś pociągającego. Oszczędniej wypadają flirtujące z country “Gucci Mane” i akustyczne “Ain’t But a Thing”. Bardziej podoba mi się jednak segment złożony z kompozycji, w których artystka na własne potrzeby adaptuje retro klimaty i daje upust swoim emocjom. Niesamowicie wybrzmiewają pełna napięcia ballada “Heroin” czy wzruszające, melancholijne “The Man That Came Back”. Kołysząca mieszanka oldskulowego popu i soulu “1965” oraz smyczkowe, popowo-rhythm’and’bluesowe “Touch Me Like a Gangster” udowadniają nam, że Amerykanka nie zapomina o swoich korzeniach.
Mimo prowokacyjnego tytułu żadnej prawdziwej histerii “Sex Hysteria” nie wywołuje. Jessie Murph ogranicza inspiracje muzyką country czy folk na korzyść nowoczesnego pop-trapu i zabaw formą, ale nie stara się za wszelką cenę szokować. Choć ma ku temu zadatki, bo często jej teksty bawią się ironią. Murph pokazuje, że potrafi odnaleźć się w miejskim brzmieniu, ale jej największą siłą wciąż jest umiejętność budowania intymnego klimatu. I chociaż lata temu zasłuchiwałam się w albumach wokalistek o podobnie oryginalnej barwie głosu (Duffy, Selah Sue), ta chrypka w wokalu Jessie pod koniec płyty może już denerwować.
Warto: I Like How I Look & Heroin