RECENZJA: Joy Crookes “Juniper” (2025) (#1635)

Prawie cztery lata. Właśnie tyle kazała nam czekać Joy Crookes na kolejny rozdział swojej muzycznej opowieści – album “Juniper”. Jej debiut był zjawiskiem: olśniewającym wejściem na scenę, które na długo zostawiło ślad w wyobraźni słuchacza. Nic więc dziwnego, że oczekiwania wobec następcy urosły do całkiem sporych rozmiarów. Crookes nie uległa jednak presji. Zamiast pośpiechu wybrała cierpliwość, zbierając materiał, z którego może być naprawdę dumna. Teraz, gdy nowe utwory wreszcie ujrzały światło dzienne, można poczuć, że ta długa przerwa miała swój sens, a Joy okazała się być artystką, która nie chce serwować muzycznych fast foodów.

Rozpoczęcie płyty “Juniper” jest obłędne. Utrzymany w niespiesznym tempie, zaaranżowany na fortepian i oszczędną perkusję surowy numer “Brave” pełen wokalnych obróbek (chwilami można pomyśleć, iż Joy zaprosiła do nagrania tej piosenki jakąś wokalistkę o osobliwym głosie) oraz jeszcze lepszych prawdziwych wykonów (tylu emocji w jednym numerze Crookes jeszcze nie zawarła) jest klejnotem tej ery. Równie pięknymi piosenkami są takie propozycje jak “Mathematics”, “I Know You’d Kill”, “Forever” czy w końcu “Pass the Salt”. Pierwszy z utworów kipie od frustracji ukrytych pod eleganckim, gładkim rytmem. “I Know You’d Kill” jest jedną z wyrazistszych a na pewno energiczniejszych propozycji na krążku – dęciaki grają tu aż miło, choć nadają piosence lekkiego patosu. Pochylający się nad tematyką przemijania numer “Forever” celuje w brzmienie bardzo skromne i akustyczne. Singlowe “Pass the Salt” przedstawia nam Joy w ostrzejszym i bardziej bezkompromisowym wydaniu mieszając neo soul z hip hopem.

Do żywszych kompozycji należy także “First Last Dance” – ta flirtująca z disco Joy wypada jednak w takim wydaniu mało przekonująco. Przeciętne wrażenie zostawiają po sobie i nużące “House With a Pool” oraz ciepłe, lecz ginące w tłumie innych nagrań “Somebody To You”. Lubię Crookes obudowaną w dźwięki leniwie sunące, niemalże relaksujące lecz kontrastujące z cięższą warstwą liryczną (“Carmen”, “Perfect Crime”). Na deser zostają nam ballady – skromna, wysublimowana “Mother” oraz zahaczające o trip hopowe klimaty “Paris”.

“Juniper” jest dowodem na to, że Joy Crookes zrobiła wyraźny krok naprzód w stosunku do płyty “Skin” – przede wszystkim w zakresie spójności i dojrzałości brzmienia, które tworzy gładką, przemyślaną całość. Choć brakuje mi tu kilku odważniej różnicujących się utworów, które mogłyby wyraźniej wybić się z -skądinąd porządnego – soulowego tłumu, całość broni się klasą. Joy nie goni za trendami, tylko pewnie kroczy własną soulową drogą, udowadniając, że cierpliwość i artystyczna niezależność wciąż mogą owocować muzyką z najwyższej półki.

Warto: Brave & Mathematics 

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *