
Bijąca rekordy popularności trasa koncertowa The Eras Tour nie mogła nie zostawić na Taylor Swift żadnego śladu. Zainspirowana swoim życiem na scenie w blasku reflektorów artystka zatytułowała nową płytę “The Life of a Showgirl” dołączając tym samym do grona takich gwiazd jak Kylie Minogue czy Christina Aguilera, które podobną stylistykę eksplorowały już wcześniej. Miały być cekiny, pióra, kabaret, tony konfetti i pełen glamour. Takie skojarzenia pojawiły mi się w głowie przed premierą wydawnictwa. Rzeczywistość okazała się być biedniejsza.
Taylor Swift przyzwyczaiła nas do częstego dzielenia się nową muzyką. Nie sądziłam jednak, że po dwupłytowym “The Tortured Poets Department” wydawnictwie tak szybko dostaniemy kolejny krążek. I ten pośpiech tu niestety słychać. “The Life of a Showgirl” jest pierwszym albumem w karierze Amerykanki, na którym nie znalazłam ani jednej piosenki, do której chciałoby mi się wracać. Serio. Nic. To płyta pełna przeciętniaków. Z tego grona po mojej pamięci błąka się jedynie zaczepne “Actually Romantic” o ostrzejszej aranżacji i warstwie lirycznej, którą Swift uderza ponoć w Charli XCX. Lepsze relacja Taylor ma z Sabriną Carpenter, którą zaprosiła do aranżacyjnie rozbudowanego balladowego nagrania tytułowego, które wieńczą odgłosy z minionej trasy koncertowej. Co poza tym? Singlowy potencjał tkwi w nowoczesnym popowym kawałku “The Fate of Ophelia”, tanecznym “Opalite” czy przemycającym nieco nostalgii i elegancji “Elizabeth Taylor”. Zahaczające o rhythm’and’bluesowe dźwięki “Wi$h Li$t” i “Honey” przypominają o krążku “Reputation”, na którym tym gatunkiem poprzednio bawiła się wokalistka. Popowo folkowe “Eldest Daughter” brzmi jak popłuczyny po “Folklore”, zaś funkujące “Wood” jest przykładem na to, że humor artystki bywa cringe’owy.
Oftentimes it doesn’t feel so glamorous to be me śpiewa nam w jednej z premierowych piosenek Taylor Swift. Czy mamy tym samym jej współczuć i cieszyć się z naszego prostego, skromnego życia? Najwyraźniej, bo Taylor dużo miejsca poświęca tematyce sławy (jej blaskom, ale i cieniom), wysokim oczekiwaniom, fałszywym znajomym czy zazdrości. I gdy myślałam, że wydana przed rokiem płyta “The Tortured Poets Department” umęczyła nas wystarczająco, “The Life of a Showgirl” wchodzi w tanich cekinach i mówi: potrzymaj mi drinka. To album mało innowacyjny, powtarzalny, pełen płytkich tekstów. Dużo szumu o nic.
Warto: Actually Romantic
___________________
Fearless ♥ Speak Now ♥ Red ♥ 1989 ♥ Reputation ♥ Lover ♥ Folklore ♥ Evermore ♥ Midnights ♥ The Tortured Poets Department
Miałem dokładnie takie same wrażenia po pierwszym przesłuchaniu. Ale z czasem w moich uszach “urosły” numery takie jak Opalite, Father Figure (obecnie faworyt) i Cancelled. Wciąż mało, ale powiedzieć, że nie ma do czego wracać to jednak trochę krzywdzące.
Moim zdaniem ten album nie jest taki najgorszy, ale też nie zasługuje na taki szum jaki wokół siebie tworzy. Teksty rzeczywiście miejscami żenujące, no i melodie jakieś takie mało oryginalne. Najbardziej podobają mi się “The Fate of Ophelia”, “Canceled” i kawałek z Sabriną.
Pozdrawiam. 😊
Które teksty są płytkie? Poprosze o zestawienie z tekstami innych popowych albumów z tego roku.
Cześć. Nie zajmuję się tu porównywaniem tekstów wokalistki A do tekstów wokalistki B, ale odnoszę się do tego, co od TS już dostawaliśmy, a co dostaliśmy w tym roku. I niestety w moich oczach strona liryczna “TLOAS” nie dogania utworów, jakie Taylor napisała na Folklore czy Evermore, które faktycznie potrafiły poruszyć i na dłużej przy sobie mnie zatrzymać.