RECENZJA: Halle “Love?… Or Something Like It” (2025) (#1644)

Kiedy Halle Bailey po raz pierwszy pojawiła się u boku siostry w duecie Chlöe x Halle, świat zobaczył w niej przede wszystkim połowę harmonijnego, rodzinnego zespołu, który był jednym z najbardziej obiecujących projektów na rhythm’and’bluesowej scenie. Drogi sióstr szybko się jednak rozdzieliły. Chloe zdążyła już wydać dwa solowe albumy, które jednak nie zrobiły z niej gwiazdy. Dla Halle debiut “Love?… Or Something Like It” to więc coś więcej niż płyta – to pierwszy prawdziwy test muzycznej tożsamości i próba udowodnienia, że potrafi świecić własnym blaskiem. I zmazać kiepskie wrażenie, jakie zrobiła jej rola w filmie “Mała Syrenka”.

Chociaż rozumiem potrzebę wyrażenia siebie przez każdą z sióstr Bailey, nie ukrywam, że najchętniej widziałabym je znów w pakiecie. Dziewczyny od czasu do czasu lądują razem w studiu nagraniowym, a na potrzeby “Love?… Or Something Like It” zarejestrowały utwór “So I Can Feel Again” – smyczkową, soulującą pościelówkę. Chlöe nie jest jedyną kobietą, jaka wspiera Halle na początku jej solowej drogi. Fanów muzycznych ciekawostek na pewno zainteresuje fakt, iż kilka kompozycji powstało przy pomocy bijącej rekordy popularności Raye. Do ich grona zalicza się przede wszystkim surowe “Braveface”, które zachwyciło mnie już kilka miesięcy temu. Brytyjka pomagała także przy spokojnym, łączącym wpływy r&b i soulu “Because I Love You” (choć przyznam, że to najmniej interesujący moment płyty); wyraźniej akcentującym gitary “Bite Your Lip” oraz nowocześniejszym, zahaczającym o trap “Know About Me” z gościnną nawijką GloRilla. Do gustu bardziej przypadły mi duety z Mariah the Scientist (minimalistyczne “Alone”) i H.E.R. (baśniowe “No Warning”).

Bez znanych koleżanek po fachu Halle także potrafi lśnić. Może nawet większym blaskiem. Pięknie wybrzmiewają stopniujące napięcie “Overtime”, “Back and Forth” o umiarkowanym tempie i najntisowej produkcji czy wpadające w ucho “His Type” – numer o kołyszącym bicie, ciepłej linii basu i zwiewnych wokalach. Na tle pozostałych kawałków wyróżniają się zerkające na afrobeat “Heaven” oraz miks soulu, gospel i r&b postaci zmajstrowanego z rozmachem “Angel”.

Przyznam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że Halle Bailey planuje muzyczną karierę, pomyślałam: jedna śpiewająca solo Bailey nam wystarczy. A jednak “Love?… Or Something Like It” kompletnie zmieniło moje myślenie. To album, który wciągnął mnie niepostrzeżenie i nie chciał wypuścić. Przez kilka dni nie miałam ochoty słuchać niczego innego. Halle nie sili się na przebojowość ani nie próbuje naśladować nikogo innego. Idzie własną drogą, co bardzo się ceni w świecie klonów. “Love?… Or Something Like It” niespodziewanie stało się jedną z moich ulubionych czarnych płyt tego roku. I to nie dlatego, że Bailey zaskoczyła skalą produkcji czy listą gości, ale prawdą. I jeśli ten debiut to dopiero początek jej drogi, to Halle, która tkwiła w ostatnim czasie w cieniu siostry, właśnie ją przebiła.

Warto: Braveface & Overtime & Back and Forth

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *