
Po kilku latach artystycznego błądzenia Sevdaliza wraca z albumem, którym na nowo chce się wkupić w moje łaski. Irańska wokalistka po wydanym w 2020 roku naprawdę dobrym krążku “Shabrang” zdawała się tracić swój muzyczny zmysł, który wcześniej kierował ją w stronę alternatywnych, awangardowych, rhythm’and’bluesowych brzmień. Utknęła na mieliźnie serwując często nieciekawe, pozbawione emocjonalnej głębi i większej spójności piosenki. Na jej trzeci album, “Heroina”, nie czekałam więc z utęsknieniem, ale przez wzgląd na dawną sympatię postanowiłam sprawdzić, czy Sevda Alizadeh znalazła tę iskrę, która wprowadziła ją lata temu na artystyczny szczyt.
Pierwszy rzut oka na tracklistę płyty “Heroina” pozwala stwierdzić, iż Sevdaliza przez ostatnie lata mocno rozbudowała swoją siec kontaktów. O ile projekty “Ison” i “Shabrang” pozwalały słuchaczowi skupić się w stu procentach na postaci Iranki, tak tegoroczne wydawnictwo obfituje w kolaboracje. Tę najlepszą bez wątpienia jest ubiegłoroczny przebój “Alibi”, który nie tylko jest językowym misz-maszem, ale i aranżacyjną perełką łączącą wpływy reggaetonu, alt r&b oraz brazylijskich i kolumbijskich rytmów. Dzieje się w dobrym tego słowa znaczeniu. Także i “Angel” z Eartheater zostawia po sobie miłe wspomnienia. Utwór zestawia bowiem eksperymentalną elektronikę z popem, łącząc komercyjny wymiar albumu z artystyczną głębią. Nieźle prezentują się klubowe, nieco mroczne “Stripper” (feat. Kenia Os) oraz wyraziste, brazylijskie “Maria Magdalena” (feat. Irmãs de Pau). Na drugim biegunie lądują za to romanse Sevdalizy z latino (“Heroina” feat. La Joaqui; “Ride or Die, Pt. 2” feat. Villano Antillano & Tokischa; banalne “No Me Cansare” feat. Karol G), które brzmią bardzo generycznie. Solowa Sevdaliza podoba mi się w elektronicznym, utrzymanym w średnim tempie “Oxytocina”; elektropopowym “Strong Because You Are”, w którym wokal artystki jest mniej zamyślony; czy retro-futurystycznym “Postergirl”. Darować sobie za to można zwyczajnie nudne “On My Own” czy rozpędzone “Messiah”, z którego początkowa magia (te chórki!) szybko uleciała przykryta przez ciężką, nowoczesną produkcję.
“Heroina” Sevdalizy jest niestety krążkiem, który zamiast umocnić pozycję jego autorki w gronie jednej z najbardziej oryginalnych artystek współczesnej elektroniki pokazuje, że Iranka raczej jest zagubiona w komercyjnym świecie. Jest to projekt zbyt gładki, zbyt przystępny, zbyt wykalkulowany – jakby skrojony pod każdą możliwą playlistę. Nie ma tu już tego osobliwego klimatu, tej niepokojącej aury, która czyniła wcześniejsze nagrania artystki tak fascynującymi. Sevdaliza najwyraźniej polubiła listy przebojów i próbuje odnaleźć się w popowo-latynoskim mainstreamie, licząc na sukces podobny do “Alibi” – co by nie mówić numer był sporym hitem. Problem w tym, że kolejne single z “Heroina” przeszły bez echa. Mamy album, który próbuje zadowolić wszystkich, ale ostatecznie nie zachwyca nikogo.
Warto: Alibi & Angel