
Jeszcze niedawno wydawało się, że brytyjska wokalistka Jessie J na dobre zniknęła z głównego popowego nurtu. Problemy zdrowotne, cisza wydawnicza i fakt, że jej ostatnim longplay’em była świąteczna płyta, budowały wrażenie kariery zawieszonej i raczej ciężkiej do reanimowania. Powrót Jessie J z nowym albumem jest jednym z najmniej przeze mnie spodziewanych. Nic nie zapowiadało nowego rozdziału – tymczasem otrzymujemy projekt “Don’t Tease Me With a Good Time”, którym wokalistka nie walczy o miejsca na listach przebojów, ale którym chce nam pokazać, że ma jeszcze wiele do zaprezentowania.
Kariera Jessie J to pasmo spektakularnych sukcesów i jeszcze boleśniejszych porażek. Początek drugiej dekady XXI wieku należał do niej. Piosenki z debiutanckiej płyty “Who You Are” królowały w stacjach radiowych, a niedługo potem Brytyjka dołączyła do Ariany Grande i Nicki Minaj w przeboju “Bang Bang”, co pozostaje jednym z najbardziej pamiętnych popkulturowych momentów 2014 roku. Jej kolejne krążki nie znajdowały jednak zawrotnej liczby nabywców i nie inaczej sprawa ma się z “Don’t Tease Me with a Good Time”. Z tą jednak różnicą, że obecnie Jessie J jest już kilka półek wyżej od tego, co proponowała na “Sweet Talker” czy “Alive”.
Już otwierającą album piosenką “Feel It On Me” Jessica daje nam znać, że nie ma ochoty brać udziału w żadnym wyścigu. Utrzymaną w wolniejszym tempie kompozycją robi ukłon w stronę lat 90. zatapiając się w miękkim r&b. Z nowocześniejszymi bitami gatunek ten miesza w spokojnym “I Don’t Care” czy ciemnym “No Secrets”. Czasami jednak nie chce przesadzać z aranżacją i woli stawiać na prostotę – tak jest chociażby w kołyszącym “If I Save You”; intymnym, pełnym kruchych wokali “Sonflower” czy akustycznym “Complicated” (warto zwrócić uwagę na wspominkowy tekst). Pięknie wybrzmiewają ballady, które pozwalają przekonać się, że Jessie J może pochwalić się mocnym głosem (“The Award Goes To”, “I’ll Never Know Why”, baśniowe “Believe in Magic / Joy”). Nie brakuje jednak i żywiołowych utworów, spośród których na pewno zostaną ze mną euforyczne “Living My Best Life”; bombastyczne, lekko teatralne “For This Love” czy “California”, który może i zaczyna się od vintage’owego, smyczkowego motywu, ale przechodzi z smaczny miks alt popu i r&b. Uwagę zwracają też soulujące “Colourful” oraz łączące wpływy popu, disco i funku “H.A.P.P.Y”.
Z myślą o “Don’t Tease Me With a Good Time” Jessie J przygotowała sporo utworów krótkich i zwięzłych. Tak jakby zależało jej, by każdy z nich pokazywał ją z możliwie najlepszej strony bez dłużenia się. To album, który nie próbuje gonić trendów ani przypodobać się algorytmom, dzięki czemu nie starzeje się w chwili premiery. Słucha się go po prostu dobrze – płynnie, lekko, z najzwyklejszą przyjemnością. Najważniejsze jednak jest to, co bije z tych nagrań między dźwiękami. A jest to wyraźne poczucie, że Jessie J odzyskała równowagę i własny głos. Zamiast desperackiego powrotu dostajemy płytę artystki, która wie, kim jest, i która nie musi już nikomu nic udowadniać.
Warto: Sonflower & I’ll Never Know Why
_______________
Who You Are ♣ Alive ♣ Sweet Talker ♣ R.O.S.E. ♣ This Christmas Day
Fajnie, że są jeszcze artyści, które znikają z radaru, a mimo to nagrywają to co im w duszy gra, a nie to co jest modne. A jak jeszcze rezultaty są słuchalne, to już w ogóle. 😀
Twój wpis zaciekawił mnie do przysłuchania się dyskografii Jessie J i trochę powspominać stare czasy.
Pozdrawiam.
O widzisz. I właśnie zachęciłaś mnie jednak żeby przesłuchać tę płytę, bo do tej pory jakoś nie mogłem się skusić. Po wysłuchaniu utworów, które wyszły na singlach jednak nie ciągnęło mnie do tej płytki. Ale dam jej szansę w takim razie. I znowu stosunkowo nowy album, super. Dzięki wielkie.