
Sanah osiągnęła już w Polsce taki status, że jej publiczność dawno przestała mieścić się w koncertowych halach. Kiedy dziś artystka planuje trasę, naturalnym miejscem stają się stadiony. Zuzanna ma już doświadczenie w graniu na tak dużą skalę, ale koncert w Poznaniu był jej pierwszym występem tego typu w tym mieście, co samo w sobie nadawało wieczorowi wyjątkowy charakter. Widziałam wcześniej nagrania i krótkie relacje z jej stadionowych koncertów i byłam pod wrażeniem, jak potrafi zamienić stadion w przestrzeń pełną emocji i wspólnego śpiewania. Chciałam poczuć to na własnej skórze.
Już od wejścia było widać, że organizatorzy nie oszczędzali na rozmachu. Ogromna scena została zaprojektowana w kształcie litery S, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu wokalistka mogła poruszać się niemal przez środek stadionu i być bliżej fanów zgromadzonych w różnych sektorach. Niezależnie od tego, czy ktoś stał pod samą sceną, czy siedział wysoko na trybunach, miał poczucie uczestniczenia w tym samym wydarzeniu. Wrażenie robił także gigantyczny ledowy ekran, który był strzałem w dziesiątkę. Nawet gdy Sanah śpiewała akurat na drugim końcu sceny i znikała mi z pola widzenia, wszystko było doskonale widoczne. Dodając do tego jej uroczą osobowość (niesamowite, że przez te lata pełne sukcesów sława zdaje się nie zmieniać Zuzę), efekty, wizualizacje a przede wszystkim zaangażowaną w koncert publiczność otrzymujemy wydarzenie, które na długo zostanie w mojej pamięci.
Mimo niedługiego stażu na polskiej scenie artystka doczekała się już kilka albumów, z których wybrała grubo ponad trzydzieści kompozycji, które postanowiła nam zaprezentować (przełożyło się to na 3-godzinny występ! chapeau bas!). Największą uwagę poświęciła płycie “Kaprysy”, która może i nie jest moim top w jej dyskografii, lecz która zawiera wiele nagrań o lekkim wydźwięku (wśród wykonanych znalazły się m.in. “Fafarafa”, “Nimbostratus”, “Wiśta wio!”, “Hip hip hura”) pasujących na rodzinne wydarzenie, jakim jest ta stadionowa trasa. Ze starszych krążków wybrzmiała silna reprezentacja “Irenki” (m.in. przebój “Ale jazz!” oraz krucha ballada “2:00”) oraz “Królowej dram” (m.in. przebojowy, lekko tu rockowy “Szampan” i poruszająca “Cząstka”). Moja ulubiona Sanah to jednak Sanah w lirycznym wydaniu, stąd spore oczekiwania do poetyckiej części tego koncertu. “Nic dwa razy” to już kompozycja, jaka urosła do miana klasyka, ale równie spore emocje wywołują takie utwory jak “Eviva l’arte”, “Kiedy umrę kochanie” czy “Dwoje ludzieńków” – ostatni z wierszy wykonała w towarzystwie Sobla, który dołączył do niej także w “Cześć, jak się masz?”. Innymi gośćmi byli Vito Bambino oraz Kuba Badach.
Na poznańskim koncercie działo się tyle, że ciężko podsumować to jednym, krótkim artykułem. Sanah i jej team zadbali, by ciągle coś się na scenie działo. Stąd wiele niesamowitych i, momentami, zaskakujących scenografii czy rekwizytów. Lewitowania i przelatywania nad stadionem się spodziewałam mając w pamięci nagrania z jej wcześniejszych występów, ale przejazd disco ciągnikiem czy na wielkiej krowie były zabawnymi akcentami. Najmocniejsze wrażenie zostawało jednak po całości, nie po pojedynczych momentach. Scenografia, ekran, światła i ruch sceniczny nie rywalizowały ze sobą. One się uzupełniały. I nawet jeśli ktoś przyszedł tylko na koncert, wychodził z poczuciem, że był częścią dobrze zaprojektowanego spektaklu, w którym każdy detal miał swoje miejsce. Warto choć raz w życiu coś takiego zobaczyć.