Luźne taśmy: maj ’26

Ciągnęło mnie w maju do albumów, które ukazały się w pierwszej dekadzie XXI wieku. Tu reprezentowane są chociażby przez P!nk oraz Avril Lavigne. A poza tym masa nowości. Zarówno od wschodzących gwiazd muzyki (Sienna Spiro, Lime Garden), jak i starych wyjadaczy (Father John Misty, Olivia Rodrigo). A na deser kompozycja, którą odkryłam dopiero podczas Eurowizji.

Lime Garden Cross My Heart (2026)

Brytyjska grupa Lime Garden zadebiutowała w 2024 roku krążkiem “One More Thing”, lecz do mnie ich piosenki trafiły dopiero dwa lata później przy okazji premiery albumu “Maybe Not Tonight”. W ich muzyce słychać wpływy post punku, indie popu i alternatywy spod znaku made in UK, ale bez kopiowania starszych kolegów po fachu. “Cross My Heart” pokazuje zaś, że Lime Garden mają własny styl – trochę chłodny, trochę przebojowy. Ale w tym wszystkim jakiś taki wakacyjny.

Eve Who’s That Girl? (2001)

Ogłoszony niedawno koncert Eve z okazji 25-lecia albumu “Scorpion” ożywił moje wspomnienia o muzyce amerykańskiej raperki, która już dawno nie uraczyła nas nową muzyką. Wracam jednak do staroci i na nowo odkrywam “Who’s That Girl?”, które nawiązywało do hip hopowych korzeni artystki, ale śmiało flirtowało z popem i karaibskimi rytmami, przez co brzmi ulicznie, ale jednak lekko i zabawnie. 

Sienna Spiro Material Lover (2026)

Soundtrack do nowej części “Diabeł ubiera się u Prady” mógł mieć kilka nowości od Lady Gagi, ale to piosenka Sienny Spiro (swoją drogą artystka ma ponad 27 milionów słuchaczy w serwisie Spotify, a nie miałam wcześniej pojęcia o jej istnieniu) zwróciła moją uwagę. Muzycznie “Material Lover” jest bardzo eleganckim, miękkim popem z soulowym zacięciem o oldskulowym wydźwięku. Jeśli lubicie Olivię Dean, ten kawałek też wam się spodoba.

Mikayla Geier Hotline (2026)

Pochodząca z Kanady Mikayla Geier nie przestaje podrzucać nam popowych piosenek, które są po prostu cool. Jej najnowsza propozycja, jeszcze gorące “Hotline”, łączy alt popowe brzmienie z lekką disco popową energią, pewną teatralnością i słodkimi wokalami. Całość brzmi, jakby swoje pomysły do jednego worka wrzuciły Sabrina Carpenter i Chappell Roan.

Jonathan Bree x Rachel Clarke Savour My Love (2026)

Postać Jonathana Bree gdzieś mi się przez lata zapomniała (a krążek “Sleepwalking” z 2018 roku to było coś!), ale w gąszczu nowości zalewających nas z każdej strony dostrzegłam singiel “Savour My Love” zwiastujący jego nowy projekt, “Don’t Call It Love”. Utwór utrzymany jest w filmowym, mrocznym art popowym klimacie, a za główne wokale odpowiada Rachel Clarke. Minimalistyczna perkusja, powolne tempo oraz oszczędna aranżacja budują atmosferę przywodzącą na myśl twórczość Portishead.

Father John Misty The Payoff (2026)

Nie wiem, czy Father John Misty planuje na ten rok następcę “Mahashmashana”, ale jeśli tak, to po takim singlu jak “The Payoff” jest na co czekać. To utwór, jakich w jego dyskografii jest bardzo mało. Artysta sięga bowiem po wpływy psychodelicznego rocka i zestawia je z indie rockowymi akcentami. Całość jest mocna, choć wyważona, a pojawiające się smyczki nadają jej dodatkowego epickiego wydźwięku.

Alexandra Căpitănescu Choke Me (2026)

Eurowizja ma to do siebie, że niektóre piosenki zyskują w moich oczach dopiero w połączeniu z występem. Takim odkryciem było dla mnie “Choke Me” reprezentującej Rumunię wokalistki Alexandry Căpitănescu. Co tu się dzieje! Jej propozycja łącząca wpływy alt rocka, industrialnego rocka i nu metalu przypomniała mi o czasach, gdy jak gąbka chłonęłam każdą nowość od Evanescence. Jej propozycja autentycznie porywa, zachwyca rozmachem i zaskakuje wplecionymi operowymi zaśpiewami. 

Olivia Rodrigo The Cure (2026)

Nie należę do miłośników singla “Drop Dead”, ale już niemalże pięciominutowe “The Cure” celnie trafiło w mój gust. Olivia Rodrigo nie składa tym kawałkiem hołdu zespołowi The Cure – śpiewa raczej o tym, że związek z kimś nie jest antidotum na jej emocjonalne problemy. A robi to w indie rockowym stylu pełnym akustycznych, zamglonych brzmień prowadzących do wybuchowego zakończenia. Najciekawszy singiel artystki? Bardzo prawdopodobne.

P!nk Eventually (2001)

Kompletując swój drugi studyjny album P!nk wpadła w ręce Lindy Perry. Z jej pomocą zarejestrowała jedne ze swoich najlepszych utworów. Przykład? Jedną z bardziej niezwykłych piosenek jest “Eventually”, którego tekst został improwizowany, a wokal P!nk nagrany w jednym podejściu. Sam kawałek jest spokojny i bardzo subtelny. Piosenka pokazuje bardziej refleksyjną stronę artystki – mniej buntowniczą, a bardziej skupioną na emocjach i ich przekazywaniu słuchaczowi.

Avril Lavigne The Best Damn Thing (2007)

Z pewnością znajdzie się wiele osób, które z tym stwierdzeniem się nie zgodzą, lecz dla mnie najlepszą płytą w karierze Avril jest właśnie “The Best Damn Thing”. Ten album to przede wszystkim nostalgia za nastoletnimi latami. I porcja jej najbardziej przebojowych nagrań. Utwór łączy popowe melodie z gitarowym brzmieniem i cheerleaderskim klimatem, przez co brzmi bardzo imprezowo i bezczelnie. I właśnie za ten luz i bezpretensjonalność bardzo go lubię.

____________

Playlista

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *