RECENZJA: Sanah “Kaprysy” (2024) (#1493)

Pięć studyjnych płyt, wyprzedane stadionowe koncerty, masa przebojów, które nie schodzą z radiowych playlist – Zuzanna Jurczak w ciągu pięciu lat osiągnęła tyle, ile wielu jej koleżankom po fachu nie udaje się przez całe życie. Stoi za tym ogrom pracy, bo jak inaczej nazwać to, że do sprzedaży trafił właśnie album, na który Sanah (jak Zuza się nam przedstawia) skomponowała aż dwadzieścia jeden piosenek? Może… kaprysem?

Płyta zatytułowana – a jakże – “Kaprysy” jest pierwszym od czasów “Sanah śpiewa poezyje” krążkiem Polki i zarazem pierwszym wydawnictwem pełnym autorskich tekstów od chwili premiery wypełnionej duetami “Uczty”. Oba te projekty, wraz z poprzedzającą je “Irenką”, szybko przypadły mi do gustu, choć dziś wracam raczej do pojedynczych utworów aniżeli całych albumów. Sanah to artystka piosenkowa. Całe płyty prezentują się raczej przeciętnie, z czego nie wyłamują się tegoroczne “Kaprysy”.

Swoje nowe wydawnictwo wokalistka zapowiadała naprawdę świetnymi kompozycjami. Delikatnie folkowe, smyczkowe “Hip hip hura!” szybko wpadło mi w ucho i zachwyciło klimatem, gdzie tytułowa euforia ma słodko-gorzki smak. Wpływy folku przewijają się i w nośnej “Śrubce”, która wybrana została na drugi singiel zwiastujący “Kaprysy”. Ładnie wybrzmiewa i akustyczna, balladowa, refleksyjna “Mleczna droga”. Rozpoczęta “Ostatnią nadzieją” przygoda z country znajduje swój ciąg dalszy w podkręcającej tempo, energicznej piosence “Wiśta wio!” oraz zabawnym utworze “Fafarafa”, gdzie Sanah pozwala sobie na… jodłowanie. Innymi pozbawionymi jakiejkolwiek powagi numerami są lekkie, komediowe “Spietruszam” oraz “Nimbostratus” – tak właśnie widzę disco polo w wykonaniu Sanah.

Z “Ucztą” łączy “Kaprysy” obecność dwóch panów – Dawida Podsiadło i Vito Bambino. Pierwszy dołączył do wokalistki w radiowym “O miłości” będącym ich najmniej przekonującym duetem. Drugi pojawił się w poważniejszym, podnioślejszym “Pańskie łzy to woda” cytując fragmenty piosenki z serialu “Czterej pancerni i pies”. Komu mało spokojniejszych momentów, ten zerknąć powinien na elektropopowe “Talenty i mankamenty”, zaaranżowane na pianino “Do kiedy jestem” czy przygaszone taneczne bity w “Było, minęło”. Gdzieś po środku lądujemy za sprawą kołyszącego numeru “Miłość jest ślepa” czy plumkającego “Sadu”. Za jakiś czas pewnie nie będziemy mogli uwolnić się od “Słodkiego miłego życzę” (obróbka wokalu na końcu piosenki jest niestety chybionym pomysłem), “Miałam taki kaprys!!!” brzmiącego jak klubowa wersja “Świętego Graala”, czy dance popowego “Aha (kwiecień 2020)”.

Cztery instrumentalne, smyczkowe wstawki i siedemnaście piosenek nie odbiegających od tego, co artystka do tej pory robiła – “Kaprysy” nie będą zaskoczeniem dla dotychczasowych słuchaczy Sanah. Dzieje się tu sporo, choć po ostatnich sekundach albumu pojawia się wrażenie, że tak naprawdę niewiele się z tego wyniosło. To porcja nieskomplikowanych popowych utworów wzbogacanych gdzieniegdzie grą skrzypiec, o dość często infantylnych, choć prostych do zapamiętania tekstach. “Kaprysy” bardziej poleciłabym oddanym fanom polskiej wokalistki aniżeli osobom dotychczas sceptycznie nastawionych do jej twórczości.

Warto: Hip hip hura! & Śrubka & Pańskie łzy to woda & Fafarafa

______________

IrenkaUczta ♣ Sanah śpiewa poezyje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *