
Muna należy do tych zespołów, których historia wydaje się niemal podręcznikowa – trzy przyjaciółki poznają się na studiach, wspólnie szukają własnego artystycznego języka flirtując początkowo z bardziej eksperymentalnymi dźwiękami, by ostatecznie odnaleźć się w świecie elektronicznego, syntezatorowego popu. Bieżący rok przyniósł nam ich płytę numer cztery – “Dancing on the Wall”. Sięgam po nią zachęcona opiniami, iż nowa muzyka dziewczyn jest nie tylko mroczniejsza, co też bardziej zaangażowana niż wszystko, co formacja nagrała wcześniej.
Przy świetle klubowych reflektorów i dźwiękach gęstych syntezatorów wchodzi na parkiet grupa Muna serwując nam nagranie “It Gets So Hot”, w którym niezmiennie zadziwiają mnie lekko nieobecne wokale tak bardzo nie pasujące do energicznych bitów. Synth pop w swojej lekko ironicznej formie wybrzmiewa w “Girl’s Girl”. Sporo przestrzeni i wartkie tempo charakteryzuje kompozycję “Why Do I Get a Good Feeling” – tu gatunek ten ma lekko nostalgiczny posmak. Melancholia wypływa i z tytułowego, ejtisowego utworu będącego moim ulubionym momentem albumu. Ta historia o zaangażowaniu się w relację z kimś, kto takiego zainteresowania nie odwzajemnia (You’re the wall that I keep banging my head against), jest podana w sposób prosty, lecz poruszający. Uwielbiam też synth pop w postaci balladowego, podbitego delikatnym dramatyzmem numeru “Buzzkiller”.
Do ciekawszych punktów wydawnictwa należą również wielkomiejskie “Eastide Girls” oraz power popowe, agresywne “Wannabeher”. Za sprawą wielokrotnie powtórzonych słów tytułowych w głowie z łatwością zostaje miks popu i new wave, “Mary Jane”. Mocno wybrzmiewa elektropopowe “Big Stick” – polityczny hymn o ciężkiej atmosferze i prędkiej, spoglądającej na industrial produkcji. Mniejsze wrażenie robią flirtujące z r&b girlsbandowe “On Call” oraz popowe “So What” z mało przyjemnymi wokalnymi obróbkami.
Nie mogłam odmówić sobie lektury i wcześniejszych płyt zespołu Muna. Żadna z nich jednak nie zatrzymała na sobie mojej uwagi na tak długi czas, co tegoroczne “Dancing on the Wall”. Album potwierdza, że trio nie zamierza stać w miejscu. Choć trzon ich muzyki nadal stanowi elektropop, płyta nabiera charakteru dzięki inspiracjom nową falą, rockowym gitarom i momentom o bardziej niepokojącym klimacie. To miks społecznie zaangażowanych tekstów z tymi bardziej osobistymi, a także kolaż tanecznej energii i emocjonalnej szczerości.
Warto: Dancing on the Wall & Buzzkiller
“It Gets so Hot” mnie pozytywnie zaskoczyło, ale nie wiem, czy przesłucham albumu w całości.
Pozdrawiam. 😊