RECENZJA: Bon Iver “Bon Iver, Bon Iver” (2011) (#1705)

Sukces nagranej w całkowitej izolacji płyty Bon Iver “For Emma, Forever Ago” ustawił poprzeczkę wysoko. Wydawnictwo to stało się nie tylko intymnym zapisem odosobnienia, ale też jednym z najważniejszych punktów współczesnego indie folku. Justin Vernon podczas pracy nad “Bon Iver, Bon Iver” znalazł się w zupełnie innym miejscu: już nie sam, lecz otoczony zespołem, do tego z rosnącymi oczekiwaniami i presją. Dziś od premiery nagrodzonego Grammy w kategorii Best Alternative Album krążka mija piętnaście lat.

Wydawnictwo “For Emma, Forever Ago” zapamiętałam ze względu na jego hermetyczny charakter, zimowy nastrój oraz kameralny wydźwięk większości kompozycji. Było to jak wejście do głowy Vernona i grzebanie mu w najbardziej schowanych myślach. Już otwierająca “Bon Iver, Bon Iver” piosenka “Perth” zdradza, że zmieniło się sporo. To post rockowy i, jak na standardy grupy, epicki numer o masywniejszej perkusji. Ciekawiej wybrzmiewa “Minnesota, WI” – nagranie o wielu teksturach, zniekształconym saksofonie, plumkającej gitarze i pewnej surowości wyczuwalnej w głosie Justina. Przystępniejszymi utworami są indie folkowe “Towers”; minimalistyczne, ambientowe “Michicant” czy indietroniczne “Calgary”, którego produkcja, mimo upływu lat, wciąż robi spore wrażenie.

Highlightem pozostaje jednak słynne “Holocene”. Zimowe spotkanie folkowych i chamber folkowych dźwięków zachwyca mnie od lat. Uwielbiam pełną przestrzeni aranżację, która pozwala Vernonowi tęsknie wyśpiewać słowa do osoby, którą stracił przez własną głupotę. Na nowo odkryłam i ambientowe “Hinnom, TX” zachwycając się jej mroczniejszą atmosferą i niższym, podszytym lekkim niepokojem wokalem Amerykanina. Na krążku znalazło się również miejsce dla instrumentalnej miniaturki (“Lisbon, OH”), która daje nam złapać oddech po wspomnianym, mocniejszym “Calgary” a finałowym, wzbogacanym saksofonem i ejtisowymi syntezatorami “Beth/Rest”.

Jako osoba zauroczona od lat wydawnictwem “For Emma, Forever Ago” kręciłam nieco nosem na “Bon Iver, Bon Iver”. Dziś, choć wielkiej miłości z tego wciąż nie ma, doceniam zmianę, jaka zaszła w twórczości Bon Iver. Muzyka formacji nabrała barw i kusi rozbudowanymi formami, choć pozostajemy w strefie wpływów chłodu, zimy i przygaszonych, rozmytych dźwięków. Ciekawy zabieg został zastosowany jeśli chodzi o samo nazewnictwo kompozycji. “For Emma, Forever Ago” było albumem nagranym w izolacji w chatce w środku lasu prezentując bardzo bezpośrednie emocje. “Bon Iver, Bon Iver” zainspirowały podróże i wiele różnych, nieraz nieoczywistych miejsc – tu te emocje są z kolei rozproszone. Obie te płyty w swojej indie folkowej kategorii są nie do przecenienia.

Warto: Holocene & Hinnom, TX

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *