RECENZJA: Kelela “New Avatar” (2026) (#1722)

Każda nowa płyta Keleli jest niemałym wydarzeniem na scenie czarnych brzmień. Artystka ma rzadki talent do łączenia świeżości i muzycznej odwagi z dojrzałością oraz charakterystyczną łagodnością, która sprawia, że nawet najbardziej eksperymentalne pomysły brzmią u niej naturalnie. Trzy lata po bardzo udanym projekcie “Raven” Kelela wraca z “New Avatar” i tym razem wyraźnie poszerza swój dźwiękowy język o inspiracje sceną indie, shoegaze i alt rock. Te zapowiedzi od początku były intrygujące i pozostawało tylko sprawdzić, co właściwie wyniknie z tego miksu elektronicznego r&b i gitarowej odsłony wokalistki.

Nie ma się jednak za bardzo co napalać. Kelela dość ostrożnie stawia swoje kroki na nieznanych terenach i zaledwie kilka premierowych kompozycji wzbogaca tym mocniejszym brzmieniem. A wychodzi jej to całkiem zgrabnie, czego dowodem jest chociażby post rockowy numer “Idea 1”, w którym cięższe gitary zderzają się z jej miękkimi wokalami. Do grona tych nietypowych jak na Amerykankę nagrań należą także flirtujące z alt rockową stylistyką z przełomu lat 90. i 00. “Goin Down”; perkusyjne “Against Me” (sam utwór płynie spokojnie, lecz sprawia wrażenie, że zaraz coś wybuchnie); przestrzenne “Crystalize” o shoegaze’owym wykończeniu czy w końcu “Linknb” utrzymane w szorstkim, alt rockowym klimacie zapodanym z elektronicznymi bitami.

Jak na standardy Keleli sporo tu kolaboracji. Sądziłam, że tę jej indie wersję wesprze w trochę inny sposób Fousheé, która sama ma za sobą agresywny epizod (“softCORE”). Obie panie połączyły siły w niespiesznym, cykającym r&b “New Life Forms”. Klubowa rytmika przebija się przez “The Bridge” – urokliwy duet z PinkPantheress. Obie artystki ustępują jednak duetowi z A. K. Paulem. Przez melancholijne r&b “Outta Time” przenika akustyczna gitara, a występ wokalisty nadaje lekko psychodelicznego sznytu. Do lepszych propozycji z “New Avatar” należą i rozmyte, choć lekko burzowe “Retaliation Lullaby” oraz parkietowe “Don’t Piss Me Off”. Żywszym rytmem charakteryzuje się nerwowe “Point Black”, podczas gdy wieńczące projekt ambientowe, balladowe “If We Meet Again” stawia na pierwszym planie anielskie wokale Keleli.

Z dużej chmury mały deszcz. Kelela podeszła do alt rockowych i shoegaze’owych inspiracji dość ostrożnie i trudno powiedzieć, iż “New Avatar” wprowadza ją w jej indie erę. Gitarowych eksperymentów jest tu mniej, niż można było oczekiwać po zapowiedziach, ale właściwie nie ma powodu, by traktować to jako rozczarowanie. Kelela nadal najlepiej czuje się na własnym terenie, a jej alternatywna wersja r&b wciąż potrafi czarować subtelnością i niezwykłą miękkością. Szczególnie lubię spokój, który płynie z jej wokalu. Jest w nim coś kojącego, co pozwala na chwilę zwolnić. Przy Keleli rzeczywistość choć na moment staje się po prostu trochę miększa i łagodniejsza.

Warto: Idea 1 & Outta Time & Retaliation Lullaby

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “RECENZJA: Kelela “New Avatar” (2026) (#1722)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *