
Taja Cheek, pochodząca z USA artystka, którą znamy pod pseudonimem L’Rain, od lat pozostaje jedną z tych undergroundowych postaci, których muzykę trudno jest jednoznacznie zdefiniować i zaszufladkować. Na koncie ma już cztery albumy, a najnowszy – “Fata Morgana” – ukazał się dopiero co. Jego nazwa odnosi się do zjawiska optycznego, w którym odległe obiekty pojawiają się w zmienionej, często dziwacznej formie – niczym miraż, który przez chwilę wydaje się czymś rzeczywistym, by za moment rozpłynąć się przed oczami. Jej płyta jest jednak jak najbardziej realna i już zrobiła u mnie spore zamieszanie.
Niby to niecałe czterdzieści minut, ale L’Rain zapakowała w “Fata Morgana” sporo różnorodnych dźwięków. Zaczyna się od deszczowego intro “Rumors of Light”, które płynnie przechodzi w “With Time” – senny, dream popowy numer, w którym gatunek ten występuje w swojej surowszej, niepokojącej odsłonie. Niesamowicie klimatyczne, a jednocześnie proste dzieło. Więcej dzieje się w gęstym, pełnym zdeformowanych dźwięków (ach te zdekonstruowane dęciaki!) “Blue” czy “July 5th”, które w ciągu zaledwie czterech minut przechodzi od niczym ze starej płyty country przez elektronikę aż po futurystyczną, dancehallową końcówkę. Następujące po nim lo fi “Bedroom Songs” ponownie stawia na skromność, a podobną miniaturką jest ambientowe “I Remember”.
R&B z pogłosami i szybszym rytmem zahaczającym o UK garage zdominował “Borderline”. Kontrastuje z nim wiosenna, baśniowa “Elmyra”, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak mogłaby wyglądać dziś muzyka Kate Bush. “Soulless Cycle” burzy ten spokój proponując chaotyczną, łączącą eksperymentalny pop, noise i psychodeliczne kolaże dźwiękowe aranżację. Anielskie wokale i elektroniczne, chłodne przecięcia budują “Glass Ceiling”. W “Birthday” Taja proponuje nam nastrojowy slow jam, zaś zamykające projekt “Church of No One” jest jednym z najniezwyklejszych dzieł Amerykanki. To ciemna, filmowa kompozycja, w której pojawiają się inspiracje jazzem, naturą i kosmiczną elektroniką. Tak, jakby sama L’Rain chciała, byśmy sami nie wiedzieli, gdzie się znajdujemy, gdy zamykamy oczy i tego słuchamy.
Z muzyką L’Rain zetknęłam się już w 2023 roku, przy okazji “I Killed Your Dog”, jednak wówczas nie poświęciłam tej płycie wystarczająco dużo czasu. Coś mnie w niej zatrzymało, ale nie na tyle, żeby wejść w ten świat na sto procent. “Fata Morgana” okazała się być drugą szansą. Tym razem artystka trafiła na podatniejszy grunt. Nie ma tu tytułowego oszustwa – to naprawdę dobra porcja muzyki, choć zdecydowanie nie tej, która zabiega o radiową przestrzeń czy łatwe melodie. Taja Cheek stawia przede wszystkim na klimat, pozwalając utworom płynąć. “Fata Morgana” nie daje się polubić od pierwszego przesłuchania, ale kiedy już pozwoli się jej działać na własnych zasadach, przestaje być mirażem. Zostaje dziwna, nieoczywista muzyka.
Warto: With Time & Elmyra & Birthday
Ładna okładka, ale załączone utwory niezbyt są w moim guście, więc raczej pass.
Pozdrawiam 😀