
“Starrgirl” jest już trzecim albumem Ayry Starr – pochodzącej z Nigerii wokalistki, która dołączyła do grona wykonawców rozsławiających Afrykę. Artystka zdążyła już zaznaczyć swoją obecność na międzynarodowej scenie, nagrywając między innymi z Coldplay, Davidem Guettą czy Peggy Gou. Do sięgnięcia po jej nową płytę zachęcił mnie jednak nie tyle ten imponujący zestaw nazwisk, co sam tytuł. “Starrgirl” skojarzyła mi się jednoznacznie z najsłynniejszym Starmanem -Davidem Bowie. Na szczęście Ayra Starr nie próbuje jechać na jego legendzie. Zamiast tego konsekwentnie buduje własny świat. Pytanie, czy warto zostać w nim na dłużej.
Afrobeat w filmowym wydaniu i męski chórek towarzyszą Ayrze w otwierającym krążek gęstym “Dangerous”. To jedna z jej ciekawszych premierowych propozycji. Do innych highlightów wydawnictwa należą energiczne, nastrojowe “Midnight in New York”; refleksyjne, organiczne “Letter to God” czy w końcu “Ms. Peper” i “Who’s Dat Girl”, które tych wrażeń dostarczają jeszcze więcej. Pierwsza z piosenek narzuca szybkie tempo od pierwszych sekund będąc na swój sposób szalonym, plemiennym numerem. Druga z kompozycji w nie mniej szalony sposób łączy wpływy bollywoodzkie, bliskowschodnie i afrykańskie. Niech chociaż uszy sobie popodróżują, a co!
Uwagę zwracają “Amazing” oraz “Gimme Dat”. Powodem są jednak piosenki, które przypominają. Elektryczna gitara i cykające bity tej pierwszej kojarzyć się mogą z “Kiss It Better” Rihanny. Druga wykorzystuje za to sample z “911” Wyclef Jean & Mary J. Blige. Afrobeatowe brzmienia zdominowały takie kawałki jak “Pressure”, “Hot Body”,zapraszające do tańca “Dance” czy “Treasure”, któremu dodatkowego smaczku nadają gitary. Synth pop z afrykańskim pulsem Starr serwuje nam w “Tornado”. Elektroniczny pop wypełnił “Misunderstood”. W “Heaven Baby” siada zaś przy pianinie i tworzy balladowy duet z Zaynem.
W pełnym czerpaniu przyjemności z krążka “Starrgirl” przeszkadza mi jednak głos Ayry Starr – niski, momentami wręcz męski, który nie od razu przekonuje i do którego trzeba się po prostu przyzwyczaić. Sama płyta jest za to współczesnym spojrzeniem na afrobeat wzbogaconym o kilka dźwiękowych niespodzianek (piano pop, synth pop, gitary, r&b). Problem w tym, że album momentami wyraźnie się dłuży, a część utworów nie grzeszy oryginalnością. “Starrgirl” potrafi jednak dostarczyć tej całkiem niezobowiązującej, chwilowej frajdy. To muzyka pulsująca i rozrywkowa, choć trudno uznać ją za album, za który gotowi bylibyśmy oddać gwiazdkę z nieba.
Warto: Dangerous & Letter to God & Ms. Paper