Adéla “Prima” – recenzja albumu (2026) (#1730)

Amerykański sen zaczął się dla Adéli Jergovej, kiedy była jeszcze dzieckiem. Dorastając w Bratysławie, zafascynowana popowymi gwiazdami zza oceanu, nie tylko marzyła o karierze piosenkarki, ale też konsekwentnie przygotowywała się do tego, by kiedyś ten cel osiągnąć. Z sukcesem. Dziś różowowłosej Adéli jest wszędzie tak dużo, że trudno przejść obok niej obojętnie. Trudno więc nie zadać sobie pytania – czy właśnie obserwujemy narodziny kolejnej wielkiej popowej gwiazdy? Czy może sezonowej gwiazdki?

Eighteen, immigrated, a star in the making śpiewa nam zaczepnie Adéla w otwierającej album “Prima” piosence “KGB”. To wpadający w ucho klubowy elektro-hyper pop, który całkiem mi się podoba. Swoją delikatniejszą stronę Słowaczka ujawnia w gładkim “Nicole Kidman” i lekkim, rozmarzonym “I’m the Man”. Od pierwszego odsłuchu uwielbiam “Boys” – dance popowo-rhythm’and’bluesowy kawałek o Y2K produkcji zawieszonej gdzieś między “Britney” a “In the Zone”. Sama nie wiem, czy to przez to, że to faktycznie dobry kawałek, czy może zadziałała tu nostalgia za tym, co było. Echa Spears, tym razem tej z ery “Blackout”, pobrzmiewają z “Fantasize”. Nośny pop z lat 2010s zainspirował powstanie “Ain’t in LA”. To mocny singiel ze świetnym przekazem – realizuj swoje marzenia bez względu na to, skąd jesteś, bo w końcu it’s all a lie, the baddest bitches ain’t in LA.

Przebojowymi numerami są także miks dark popu i klubowego klimatu postaci “Starving Artist”, oraz trap popowa “Marijuana”. W spokojniejsze tony Adéla uderza w błyszczącym “Red Bottoms” oraz intymnym “Hitachi” o aranżacji budowanej przez dźwięki pianina i skrzypiec. Największy problem mam z utworem “Therapy”, które jest najbardziej eksperymentalnym punktem “Prima”. Wokalistka potraktowała tu swój głos autotunem zestawiając go z oszczędnymi dźwiękami pianina. Jest w tym coś szczerego, lecz całość prezentuje się bardziej jak notatka głosowa aniżeli piosenka na popowym wydawnictwie.

Krążek “Prima” odbieram bardziej jako portret aspirującej gwiazdy pop niż jako spójny album muzyczny. Adéla wyraźnie wie, z jakiej tradycji chce czerpać – sięga po popowe brzmienia lat dwutysięcznych i wczesnych 2010s. Obok muzyki ważne tu są jednak teksty. Może niezbyt ambitne, ale osobiste – o ambicji, cenie sukcesu, opuszczeniu domu i konsekwentnym spełnianiu marzeń. Adéla nie ukrywa, że jara ją miejsce, do którego udało jej się dojść, ale jednocześnie daje do zrozumienia, że doskonale pamięta, ile pracy kosztowało ją znalezienie się tutaj. Problem w tym, że nie wszystkie elementy tej układanki są równie mocne. Obok świetnych, charakterystycznych kompozycji pojawiają się utwory bardziej konwencjonalne. To raczej pokaz, że warto się z nią liczyć, aniżeli produkt z pierwszej półki.

Warto: Boys & Starving Artist

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “Adéla “Prima” – recenzja albumu (2026) (#1730)”

  1. Mam mieszane uczucia co do tego albumu, bo razi mnie brak oryginalności, to wszystko już było. Brzmienia z lat 00. w latach 20. już mi się trochę osłuchały, a skoro Adéla wzięła się za odgrzewanie popu lat 10., to oznacza, że powrót akcesoriów z wąsami i legginsów galaxy jest bliżej niż nam się wydaje. 😁 Ale fajnie, że ktoś Europy Środkowej robi międzynarodową karierę muzyczną.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *