Trzy lata po spektakularnym sukcesie debiutanckiego krążka “Tuesday Night Music Club” Sheryl Crow mogła powtórzyć sprawdzoną formułę. Zamiast tego zrobiła coś znacznie odważniejszego. Ciepłe, letnie aranżacje, które przyniosły jej popularność, ustąpiły miejsca cięższemu, bardziej gitarowemu brzmieniu. Równie istotna była zmiana za kulisami – artystka odpowiada za produkcję albumu, przejmując pełną kontrolę nad jego artystycznym kształtem. Efektem jest płyta znacznie bardziej osobista i surowsza. Tu szczere teksty zastąpiły kompromisy. Imienne wydawnictwo z 1996 roku nie jest próbą powtórzenia debiutanckiego sukcesu, lecz wyraźną deklaracją niezależności artystycznej. To Sheryl w swojej emo erze.
Brudne, rockowe granie wypełnia już pierwszą kompozycję, jaką jest “Maybe Angels”. Crow przywołuje w niej Lennona i Cobaina, ale utworami wchodzącymi w skład drugiej płyty nie stara się ich naśladować. Proponuje nam za to wycieczki w stronę funkującego pop rocka (“A Change Would Do You Good”; “Everyday Is a Winding Road”; aranżacyjna perełka i koncertowy pewniak “Superstar”) czy roots rocka (przejmujące “Redemption Day”; tęskne, melancholijne “Sad Sad World”) czy country (“Sweet Rosalyn”; ciepłe “Home”). Ładnie wyglądają piosenki inspirowane bluesem – lżejsze “Oh Marie” w południowym wydaniu oraz szorstkie “Love Is a Good Thing” o fajnym groovie. W ucho wpada lekko nerwowe, pop rockowe “Hard to Make a Stand”, w którym Sheryl nie tyle śpiewa, co zdaje się opowiadać pewną historię. Highlightami wydawnictwa są “The Book” i “Ordinary Morning”. Pierwsza z piosenek zachwyca swoją powolną aranżacją, nieco mrocznym charakterem i wplecionymi gdzieniegdzie dęciakami. Druga zaś łączy zmysłowe, eleganckie zwrotki z głośniejszym, gitarowym refrenem.
Sheryl Crow podjęła spore ryzyko i nagrała album na własnych zasadach mając na uwadze to, że jej cięższe brzmienie nie każdemu może przypaść do gustu. Mi te imienne wydawnictwo szybko przypadło do gustu i towarzyszyło dość często w ostatnich tygodniach. “Sheryl Crow” jest płytą, która czaruje swoim organicznym charakterem i inspiracjami zaczerpniętymi z wielu pokrewnych gatunków. I chociaż od jej wydania mijają trzy dekady, nie zestarzała się zbytnio. Jej gwiazdą jest sama Crow, która śpiewa tu zdecydowaniej, mocniej i bardziej stanowczo.
Warto: Love Is a Good Thing & The Book & Ordinary Morning