
Po sukcesie krążka “Hot Fuss” amerykańska formacja The Killers znalazła się w sytuacji, o której większość młodych zespołów może tylko pomarzyć, i której jednocześnie większość wolałaby uniknąć. Debiut z 2004 roku odbił się szerokim echem na całym świecie, sprzedał się w milionach egzemplarzy i przyniósł takie utwory jak “Mr. Brightside” i “Somebody Told Me”, które stały się już rockowymi klasykami. Siłą rzeczy drugi album musiał więc zmierzyć się z ogromnymi oczekiwaniami.
Do pracy nad następcą debiutu Brandon Flowers i spółka zaprosili Flooda (“Violator” Depeche Mode, “The Boatman’s Call” Nick Cave & the Bad Seeds, “Is This Desire?” PJ Harvey – legendy!), a zamiast kolejnej porcji błyszczących syntezatorów zaczęli zwracać się ku bardziej amerykańskiej tradycji akcentując wpływy Bruce’a Springsteena, heartland rocka czy stadionowego rocka. Taki głośny numer fundują nam już na samym wstępie – tytułowe “Sam’s Town” podpowiada, czego możemy spodziewać się dalej, choć następujące po nim piano miniaturka “Enterlude” bardziej pasuje na nagranie witające słuchacza. Koresponduje nią zamykające projekt “Exitlude” – wyciszająca, melancholijna piosenka z chóralnymi przyśpiewkami.
Z rozmachem przygotowano takie utwory jak “When You Were Young”; rytmiczny przebój “For Reason Unknown”; brudniejsze “Uncle Jonny” czy w końcu pełne zmian tempa “This River Is Wild”, które posiada kilka kulminacyjnych punktów i piękną, wyciszającą końcówkę. Świetnie wypadają rockowe, teatralne opowieści – “Bling (Confession of a King)” o zmaganiu się z porażkami, oraz romantyczne “My List”. Intryguje trochę kabaretowy numer “Bones”. “Read My Mind” przybiera formę indie o nostalgicznej atmosferze.
We hope you enjoyed your stay śpiewają The Killers w “Exitlude” żegnając nas z “Sam’s Town”. I chyba właśnie tutaj warto zadać sobie pytanie: czy ten pobyt rzeczywiście można uznać za udany? Moim zdaniem tak, choć nie był to powrót do poziomu “Hot Fuss”. Kapela nie nagrała kalki tamtego wydawnictwa. Zamiast tego podjęli ryzyko, poszerzyli brzmienie i ruszyli w stronę bardziej amerykańskiego, monumentalnego rocka. Mam jednak więcej sentymentu do debiutu. To na nim znajduje się więcej utworów, za którymi szaleję od lat. “Sam’s Town” nie zawsze zachwyca pojedynczymi piosenkami tak mocno jak poprzednik, ale jako całość ma w sobie coś, czego trudno mu odmówić – koncertowy rozmach, który mimo upływu dwudziestu lat wciąż porywa tłumy.
Warto: Uncle Jonny & For Reason Unknown