Colours of Ostrava 2018 – część 2.


Pierwszy z dwóch wpisów poświęconych tegorocznej edycji Colours of Ostrava poświęciłam silnej kobiecej reprezentacji. W tej części przybliżę koncerty pozostałych gwiazd festiwalu. Nie każdy zachwycił, ale jedno jest pewne – było naprawdę różnorodnie.


O tym koncercie równie dobrze mogłam wspomnieć wczoraj. Brytyjski producent Mura Masa po świecie podróżuje aktualnie z Bonzai – wokalistką, która udziela się w jego kilku nagraniach. To właśnie jej obecność podciągnęła w górę to show. Mura Masa, choć jest utalentowanym multiinstrumentalistą, zdaje się na scenie wciąż czuć niepewnie i niekomfortowo. Co innego Bonzai, która latała po niej jak szalone, wykonując nie tylko utwory producenta, w których sama się pojawia (m.in. “Nuggets”, “Know Me Better”, “What If I Go?”), ale i z powodzeniem zastępując Charli XCX (“1 Night”), NAO (“Firefly”) czy Christine and the Queens (“Second 2 None”). I chociaż twórczość Mura Masa nie jest tak nastawiona na komercyjne stacje radiowe co nagrania Kygo – kolegi po fachu – szybciej porwała mnie do tańca. W koncercie norweskiego producenta bardziej oczarowała mnie jego otoczka aniżeli sama muzyka. Wysoki podest, wizualizacje, lasery a nawet fajerwerki – oj, działo się. W jego utworach brakuje mi jednak takiego konkretnego “pierdolnięcia”. Nie zabrakło go za to na wcześniejszym koncercie Islandczyków z formacji GusGus.


Tegoroczna edycja Colours of Ostrava była dla mnie okazją do ponownego spotkania z paroma wykonawcami. Przede wszystkim ucieszyła mnie obecność jednego z moich ulubionych wokalistów młodego pokolenia – George’a Ezry. Kilka miesięcy temu, po czterech latach, jakie minęły od ukazania się “Wanted on Voyage”, w sprzedaży pojawił się jego drugi album “Staying at Tamara’s”. Artystę ostatnio widziałam na Open’erze, ale odniosłam wrażenie, że przez ostatni rok jeszcze bardziej dojrzał. Zaprezentowany na żywo materiał niemalże po równo podzielił między dwie płyty, przypominając z debiutu m.in. “Listen to the Man”, “Barcelonę” i “Budapest”, z a nowego krążka wykonując m.in. “Shotgun”, “Don’t Matter Now” i “Pretty Shining People”. Cały występ wzbogacił kilkoma krótkimi opowiadaniami ze swoich podróży, które zainspirowały go do napisania wielu kompozycji. Także zespół Algiers miałam okazję niedawno widzieć na żywo. Grupa nie schodzi poniżej pewnego poziomu, a jej muzyka będąca miksem bluesa, soulu i post punku stworzona została do wybrzmiewania w późnych wieczornych godzinach. Średnio wypadł Pharrell Williams, który do Ostrawy wpadł ze swoją grupą N*E*R*D. Zespołu tego wcześniej na żywo nie widziałam, ale open’erowy występ samego Williamsa wspominam ciepło. Wtedy jednak mniej przeszkadzało mi puszczanie wokali z taśmy. Ty razem bardzo to raziło i sprawiało, iż w głowie pojawiały mi się myśli, że artysta (i jego koledzy) za bardzo się nie napracowali. Na plus była za to energia, za którą odpowiadała spora grupa fanów zaproszonych w pewnym momencie na scenę.


Czeski festiwal to także okazja do posłuchania na żywo wykonawców, którzy dopiero stoją u progu mniejszej lub większej kariery. I niby wydawać by się mogło, że grono ich fanów na razie jest niewielkie, ale ich koncerty potrafiły ściągnąć sporą liczbę słuchaczy. Pod względem frekwencji królowali nastrojowi, klimatyczni Cigarettes After Sex, którzy zaprezentowali takie nagrania (każde witane ogromnymi brawami) jak “Crush”, “Each Time You Fall in Love” i “Nothing’s Gonna Hurt You Baby”. Piękna muzyka, piękny głos Gonzaleza. Skromność i minimalizm. Sądzę mimo wszystko, że w mniejszej, zamkniętej przestrzeni odbieranie takiego brzmienia dostarcza więcej emocji. Duża scena stworzona za to została dla holenderskiego produktu eksportowego – rockowego, żywiołowego bandu Kensington. Ich numery są naprawdę nośne i dziwię się, że nie obstawiają jeszcze headlinerskich slotów. Takiej przyszłości życzę także islandzkiemu zespołowi Kaleo. Nie wiem wprawdzie, co działo się pod samą sceną podczas ich występu (sama zajęłam miejsce na trybunach, wykorzystując ich koncert na krótki odpoczynek), ale był to występ, który starałam się chłonąć całą sobą. Jeśli ktoś myśli, że pochodzenie definiuje muzykę Kaleo, spieszę donieść, że w żadnym wypadku nie mamy do czynienia z grupą bazującą na dokonaniach Sigur Rós i Björk. Formacja proponuje blues rockowe granie, którego ozdobą jest mocny, głęboki głos Juliusa Sona. Pozytywnie zaskoczyła mnie także dwójka solistów. Występy pochodzącego z Nigerii Jacoba Banksa i Brytyjczyka Nicka Mulvey’a były kompletnie różne. Pierwszy pojawił się z całym zespołem, zachwycając mocą swojego soulowego głosu. Drugi na scenę wszedł jedynie z gitarą, dając koncert, podczas którego chyba każdy się uśmiechnął. Nawet jeśli tematyka jego nagrań nie zawsze jest beztroska i wesoła.

_____________________________

® Fotografie pochodzą z oficjalnego profilu Colours of Ostrava na Facebooku.

Podczas festiwalu widziałam także: Future Islands, Yellow Days, Calexico, Paul Kalkbrenner, Marlon Williams.

3 odpowiedzi do “Colours of Ostrava 2018 – część 2.”

  1. Z wymienionych przez Ciebie, najbardziej chciałbym zobaczyć Jacoba Banksa i GusGus. Debiut Mura Masy przesłuchałem dzisiaj, ale jeszcze nie wiem, co z tym zrobić. Mam podobne zastrzeżenia do Twoich, nic mnie specjalnie nie powaliło, ale jeszcze go sobie posłucham i dopiero potem zdecyduję 🙂

  2. Z całego grona najchętniej wybrałabym się na “Cigarettes”, chociaż tak jak napisałaś, chyba lepiej brzmią oni w mniejszych lokalach.
    U mnie nowy wpis, zapraszam i pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *