RECENZJA: Fousheé “Time Machine” (2021) (#1217)

Dziś talent show nie są potrzebne, nikt już nie pamięta o MySpace, a nawet wrzucanie coverów na YouTube i zdobywanie tam sławy mało kogo interesuje. Medium, które w mgnieniu oka potrafi uczynić z kogoś gwiazdę, stał się TikTok*. Jednym z viralowych hitów przez paroma miesiącami był utwór Sleepy Hallow “Deep End Freestyle”, który na featuringu gościł niejaką Fousheé. Pochodząca z Jamajki wokalistka walczy dziś o uwagę.

Wychowana na muzyce Etty James, Boba Marley’a i Toni Braxton artystka od paru lat mieszka w Los Angeles, lecz pierwsze kroki na muzycznej scenie stawiała w Nowym Jorku. Na koncie ma także epizod w “The Voice”. Jednak to dopiero “Deep End” chwyciło i sprawiło, że o Fousheé zrobiło się głośno. Chwilę temu odbyła się premiera jej pierwszego poważniejszego projektu – albumu “Time Machine”.

Debiutancka płyta jamajskiej wokalistki to “Deep End” i osiem słabszych, choć nadal niezłych kawałków. Oryginał popularnego singla z rapującym Sleepy Hallow jest jedną z najbardziej męczących piosenek, jakie słyszałam w ostatnich paru latach. Nietrafionym pomysłem było nałożenie na siebie kompletnie różnych ścieżek, przez co nie wiadomo, na czym tak naprawdę powinniśmy się skupić. W “Deep End”, które otrzymujemy wraz z “Time Machine”, mamy już jedynie Fousheé. Sama piosenka jest prosta, ale magiczna. Chillująca, lecz nie bezrefleksyjna. Ukształtowała też drogę, którą zdecydowała się podążyć artystka. Niby to alt r&b przemieszane z trapem, ale znajdziemy tu i folkowo-dream popowe naleciałości. Nie trzeba szukać daleko. W podobne klimaty celują “Time Machine”, “My Slime”, “I Don’t Love You No More” czy “Paper Plane”.

Intrygującymi punktami albumu są surowe, chłodne “2 L8”, w którym pobrzmiewa gitara akustyczna i echa Carole King**, oraz równie gitarowe “Candy Grapes” (feat. Steve Lacy), które może i trwa siedem minut, ale jest świetny, jakby improwizowanym dziełem dwóch utalentowanych znajomych. Po czasie polubiłam się z coverem “Enjoy the Silence”, który znać możecie z reklam H&M. Fousheé zachowała mroczniejszy wydźwięk oryginału, ale całość przepisała na swoją synth-rhythm’and’bluesowy stylistykę. Nie jestem za to zachwycona trapowym, anemicznym “Clap for Him” (feat. Lil Yachty). Obok innych nagrań z “Time Machine” to brzmi najbardziej pospolicie.

Fousheé jest autorką piosenki, która przed kilkoma tygodniami spędzała mi sen z powiek. Premiera albumu “Time Machine” mi umknęła, ale z chęcią nadrobiłam zaległości. Debiut jamajskiej wokalistki jest płytą niespecjalnie skomplikowaną czy eksperymentalną. To raczej rhythm’nad’blues, który spodobać się może fanom i folku i neo soulu. Nad całością króluje przyjemny, nieco wiosenny nastrój, choć wydaje mi się, że Fousheé nie rozwinęła jeszcze do końca skrzydeł.

Warto: Deep End & 2 L8

 
* nic jednak tak nie dziwi, jak logo tej aplikacji w gronie sponsorów Euro 2020
** na jej piosence “It’s too Late” bazowała zresztą Fousheé

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

3 komentarze do “RECENZJA: Fousheé “Time Machine” (2021) (#1217)”

  1. Całość to zdecydowanie za dużo. Ale jakiś czas temu w moje głośniki wleciało “My Slime” i skończyło się na tym, że wspomniana piosenka znalazła miejsce na playliście podsumowującej czerwiec. Jednak czasem nawet TikTok może w czymś pomóc. 😉

Odpowiedz na „SzafiraAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *