RECENZJA: Halsey “If I Can’t Have Love, I Want Power” (2021) (#1237)

Można Ashley Nicolette Frangipane (wokalistkę występującą pod pseudonimem Halsey) lubić bądź też nie, ale nie można odmówić jej jednego – robi sporo i ma apetyt na ciągły rozwój. Na każdy album ma też inny pomysł, który zawsze wynika z jej życiowej sytuacji i zgromadzonych doświadczeń. Tym razem artystka, która przed paroma tygodniami urodziła dziecko, postanowiła skupić się na tematyce ciąży, macierzyństwa i feminizmu.

Toleruję dwie pierwsze krążki Amerykanki (“Badlands” i “Hopeless Fountain Kingdom”), lecz jej muzyka odpowiadać mi zaczęła dopiero na ubiegłorocznym “Manic”. Pełna osobistych przemyśleń i wwiercania się w głąb płyta była dźwiękowym misz-maszem. Halsey rozpoczęła romans z muzyką rockową (warto wspomnieć tu takie kawałki jak “3am”, “Alanis’ Interlude” czy “Experiment on Me” z soundtracku do “Birds of Prey”), by stwierdzić, że ostrzejsze dźwięki najbardziej pomóc jej mogą w wylaniu wszelkich żalów i zmniejszeniu nagromadzonej przez lata agresji. Wizję Ashley podzielał Trent Reznor z Nine Inch Nails, który wziął na siebie rolę producenta.

Jeśli album “If I Can’t Have Love, I Want Power” Halsey chciała opowiedzieć jak średniowieczną baśń, chęci te skończyły się na otwierającej krążek kompozycji “The Tradition”. Zaaranżowany na pianino utwór ma w sobie sporo niepokoju i dziwnego napięcia. Jego złowroga atmosfera szybko przypadła mi do gustu. Podoba mi się też następująca mi nim elektroniczna ballada “Bells in Santa Fe”. Większego kopa dają jednak takie numery jak industrialne, przywodzące na myśl brzmienia z początków nowego tysiąclecia “Easier Than Lying” czy grunge popowe kawałki “You Asked for This” i “Honey” (gościnnie na perkusji zagrał tu Dave Grohl). Najbardziej żywiołową piosenką jest jednak flirtujące z drum’n’bass “Girl Is a Gun”. Numer szybko wpada w ucho, lecz jest najmniej przeze mnie lubianym momentem “If I Can’t Have Love, I Want Power”. Jest w nim coś irytującego.

Jeśli lubicie starsze dokonania Halsey, warto zatrzymać się na synthpopowym “I Am Not a Woman, I’m a God” czy rhythm’and’bluesowym “Lilith”, w którym to dodatkowo nieźle odczytano hip hopowe podkłady rodem z lat 90., choć mam wrażenie, że całość zmierza donikąd. Wyrazistsze, elektroniczno-hip hopowe bity przenikają w hipnotycznym “Whispers”. Łatwo zauroczyć się akustycznym, wiosennym “Darling” oraz podbitym pewną nerwowością, niespiesznym “1121”, w którym postawiono na miks pianina i komputerowych zagrywek. Świetnie wypada końcówka wydawnictwa, gdzie czeka na słuchaczy kroczące, ciężkie “The Lighthouse”, oraz minimalistyczne, wręcz baśniowe “Ya’aburnee”, w którym zamknęła swą miłość do partnera i synka.

Wielką fanką zespołu Nine Inch Nails nigdy nie byłam, ale to właśnie postać Reznora sprawiła, że ciekawa byłam płyty “If I Can’t Have Love, I Want Power”. Takie muzyczne mezalianse – popowych wokalistek z artystami z kręgu muzyki rockowej lub alternatywnej* – zawsze mnie elektryzują i sprawiają, że wyczekuję premiery efektów tej, wydawałoby się, dziwnej współpracy. Halsey nie stała się nagle alternatywną piosenkarką, której twórczość może nie być rozumiana przez tłumy. Nadal wiele jej nowych piosenek ma w sobie mainstreamowy pierwiastek, ale nie są to już tak oczywiste przeboje jak jeszcze kilka lat temu. “If I Can’t Have Love, I Want Power” mogłoby być jeszcze bardziej filmowe, ale i tak należą się Amerykance brawa za krążek spójny, choć złożony z różnorodnych elementów.

Warto: The Tradition & Bells in Santa Fe

_______________

Badlands Hopeless Fountain KingdomManic

_______________

Innymi przykładami takich mieszanek są m.in. “Birds of Prey” Christiny Aguilery (produkcja Ladytron); płyta “MC&HDP” Miley Cyrus (The Flaming Lips), “I Want You” Madonny (Massive Attack) czy “Don’t Hurt Yourself” Beyonce (Jack White).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *