Drugi album pochodzącej z Wielkiej Brytanii Loli Young, “This Wasn’t Meant for You Anyway”, to kolejny dowód na to, jak błyskawicznie i nieprzewidywalnie działa współczesny internet. Choć wokalistka debiutowała już kilka lat temu, to właśnie teraz – dzięki viralowemu sukcesowi utworu “Messy” w mediach społecznościowych – zyskała uwagę szerszej publiczności. Tam jednak wystarczy kilka chwytliwych sekund. Sprawdzianem prawdziwej siły Loli jest długogrająca płyta.
Warto jednak opowieść zacząć właśnie od “Messy”, bo mimo swojej pop rockowej prostoty i melodyjności jest to kompozycja niezwykle ważna. Jej słowa Young kieruje do osób, które – podobnie jak ona – czują się niewystarczające dla kogoś. Jej przebój pozwala zrzucić z siebie presję bycia idealną. Co ciekawe sam kawałek nie należy do najlepszych momentów albumu. Moimi ulubionymi utworami są za to “Wish You Were Dead”, “Big Brown Eyes” oraz “Fuck”. Pierwsza z piosenek to pulsujący basem, garażowy numer pełen mocnych wersów wyśpiewywanych przez artystkę z wyczuwalnym zaangażowaniem. “Big Brown Eyes” przemyca wpływy reggae będąc numerem jednocześnie wychillownym i melancholijnym. “Fuck” jest zaś mieszanką rocka i nowoczesnego popu zapodanych na mocniejszych bitach świetnie komponujących się z wyzwoloną tematyką nagrania.
Jeśli podoba wam się ostrzejsza wersja Young, z pewnością do gustu przypadną wam także takie utwory jak gorzkie “Good Books” (wzniosłość refrenu tej kompozycji kojarzyć się może z twórczością Florence + The Machine), wzbogacane elektronicznymi bitami “Conceited” czy “Crush”, które ma swoje hałaśliwsze momenty. Na drugim biegunie mamy za to takie piosenki jak alt popowe “Walk On By”; akustyczne lo fi “You Noticed” czy folkowe “Intrusive Thoughts” – dowody na to, że wokalistka ma też swoją bardziej emocjonalną, wrażliwą stronę.
Z pewnością będą to słowa na wyrost, ale “This Wasn’t Meant For You Anyway” jest dla mnie płytą z podobnej półki co “Back to Black” Amy Winehouse i “21” Adele. Lola Young nie ma wprawdzie osobliwego charakteru Amy czy głosu na miarę Adele, lecz jej dzieło zdaje się być odpowiedzią reprezentantki pokolenia Z na te wydawnictwa. Sporo tu bowiem historii o zakończonych związkach, lecz więcej w Brytyjce złości aniżeli podobnego smutku. Przekłada się to na samą muzykę, która jest niczym kalejdoskop różnych klimatów i dźwięków. Jeśli tak jak ja uwierzyliście, że Lola to tylko refren “Messy”, “This Wasn’t Meant For You Anyway” wyprowadzi was z błędu. W tej dziewczynie tkwi spory potencjał.
Warto: Wish You Were Dead & Fuck