Na twórczość Mai Koman trafiłam trochę okrężną drogą – za sprawą momentu, który dla wielu artystów jest raczej niewygodny. Chodzi o oświadczenie po odwołanym poznańskim koncercie, gdzie zamiast standardowych formułek było coś znacznie bardziej bezpośredniego – szczerość i wyczuwalna potrzeba obrony własnej muzyki. Była w tym autentyczna wiara w to, co się robi. Zachęciło mnie to do lektury płyty “Ludzkie zwierzę” będącej moim pierwszym zetknięciem się z twórczością Koman. Weszłam w to bez oczekiwań i nie znając kontekstu poprzednich wydawnictw.
Pokazać, że głos jest wspaniałym instrumentem – taki pomysł na otwierający album niemalże dwuminutowy kawałek “Vocalize B” miała Koman. To miniaturka przybierająca formę niepokojącego, filmowego intro. Budującą atmosferę niepewności, utrzymaną w art popowym, mrocznym klimacie piosenką jest i następujące po nim recytowane “Spinning”. W dalszych wokalach Mai jest coś słodkiego, ale jednocześnie przyprawiającego o dreszcze. Ten numer zdecydowanie się czuje. Mocną elektroniką pulsuje groteskowe, szeptane “Piggy Tale”, podczas gdy smyczkowe brzmienia i delikatna teatralność cechują piękne “Wrong Dream”. W jeszcze inne tony uderza ostatnia anglojęzyczna propozycja na albumie. “To Die For” przypomina mi indietroniczne kompozycje, którymi zasłuchiwaliśmy się na początku lat 2010’s. Projekt dopełniają trzy utwory nagrane w ojczystym języku, które zostawiają po sobie sporo miejsca na przemyślenia. Tytułowe przejmujące “Ludzkie zwierzę” pochyla się nad człowiekiem, jego zachowaniem, instynktem, wadami. Nowocześniejszy, trip hopowy “Syndrom Sztokholmski” jest duszną opowieścią o niezdrowym przywiązaniu do drugiej osoby. Chłodna, elektropopowa “Plastikowa Królowa” staje się ironicznym spojrzeniem na budowany bez żadnej refleksji wizerunek.
Bez wątpienia “Ludzkie zwierzę” Mai Koman jest jedną z najciekawszych polskich płyt tego roku. Nie dlatego, że artystka próbuje za wszelką cenę zaskoczyć słuchacza, ale dlatego, że od początku do końca pozostaje wierna własnemu językowi muzycznemu. A dosłownie to nawet dwóm językom. Podoba mi się ten balans. Polscy wykonawcy często najlepiej odnajdują się w jednym języku – polskim albo angielskim – a próba łączenia obu kończy się czasem wrażeniem sztuczności. U Koman ten podział właściwie nie istnieje. W obu brzmi swobodnie i przekonująco. W obu pokazuje charakter. Paradoksalnie cieszę się, że moje pierwsze spotkanie z twórczością Polki zaczęło się od historii niezwiązanej bezpośrednio z muzyką. Oświadczenie po odwołanym koncercie zwróciło moją uwagę, ale dopiero ten album udowodnił, że za tą determinacją stoi artystka mająca coś własnego do powiedzenia. “Ludzkie zwierzę” udowadnia, że wierność własnej wizji prowadzi do nagrania jednej z najbardziej interesujących polskich płyt ostatnich miesięcy.
Warto: Spinning & Wrong Dream