RECENZJA: Sienna Spiro “Visitor” (2026) (#1714)

TikTok od dawna jest trampoliną dla osób marzących o choćby i krótkiej muzycznej karierze. Do tego grona dołączyła urodzona w 2005 roku Sienna Spiro. Jej debiutancki longplay “Visitor” trafia na podatny grunt – w momencie, gdy po latach dominacji krzykliwych, elektronicznych produkcji coraz chętniej sięgamy po muzykę bardziej organiczną, elegancką i opartą na autentycznych emocjach. Nic dziwnego, że tak mocną pozycję wypracowały sobie w ostatnich miesiącach Raye, Olivia Dean czy Laufey. Sienna nie ukrywa, że celuje w podobną grupę odbiorców. 

Początek jej debiutanckiego longplay’u jest zjawiskowy. “This Is My House” jest niepozbawionym rozmachu miksem soulu i r&b o vintage’owej produkcji i urokliwych, choć cichych chórkach. Perełkami płyty są także “Time, You & Me” oraz “Mono No Aware”. Pierwszy z utworów – mocna mieszanka retro popu i soulu – jest kawałkiem, po którym ludzie zaczną namawiać Siennę na stworzenie kompozycji do następnego filmu o Bondzie. To ten porywający klimat. “Mono No Aware” jest zaś jazzującym graniem do kotleta. Na szczęście w dobrej restauracji.

Co jeszcze przygotowała dla nas Spiro? Sporo na “Visitor” ballad. Począwszy od smyczkowego nagrania “We’re Not in Love”, w którym jej głos na sporo przestrzeni, przez kameralne “Pure” i orkiestrowe “The Visitor” aż po retro popowe “You Stole the Show”. Gdzieniegdzie swój moment mają dynamiczniejsze piosenki. Melancholijne “Great Expectation” czy na nowoczesny sposób ujmujące soul i jazz “He’s Not My Baby, I’m His” kojarzyć się mogą z erą “Back to Black” Amy Winehouse. Jedyną kompozycją, której szczerze nie mogą znieść, jest singiel “Die On This Hill”, który rozpędził karierę Sienny. To zaaranżowana na pianino ballada, prawdopodobnie wyjęta z szuflady Adele, która niepotrzebnie skręca w stronę monumentalnych, podszytym dramatyzmem brzmień. Za dużo tu wszystkiego.

Album “Visitor” niemalże tonie w balladach, które – choć starannie wyprodukowane – rzadko zostają ze słuchaczem na dłużej lub wywołują większe emocje. Po artystce, która dopiero wkroczyła w swoje lata dwudzieste i która stoi u progu kariery spodziewałam się większej odwagi i energii. To debiut, który sprawia wrażenie perfekcyjnie zaprojektowanego i dopracowanego w każdym detalu, skrojonego dodatkowo pod aktualne trendy i gusta. Momentami wydaje się być produktem aspirującym do segmentu marek luksusowych, lecz pod tą szlachetną fasadą za wiele nie ma. Potencjał w Siennie Spiro jest ogromny. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że na kolejnej płycie odważy się pokazać nie tylko siłę swego głosu, co własną osobowość.

Warto: This Is My HouseTime, You & Me

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “RECENZJA: Sienna Spiro “Visitor” (2026) (#1714)”

  1. Ale mnie irytuje ta spikselizowana okładka, chyba już przyzwyczaiłam się, że wszystko jest HD i 4K. 😀
    Od Sienny przesłuchałam jej EP-kę i jak na początku było “wow”, bo spodobał mi się jej głos, ale ze względu na ballady szybko mi się znudził. Do tego albumu podchodzę z dystansem.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *